40 lat jak nowe 20! Co dziś wiem, a z czego nie zdawałam sobie sprawy! Uwaga świecie – nadchodzę!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
11 stycznia 2017
40 lat jak nowe 20!
Fot. iStock/yulkapopkova
 

Nie mam jakiegoś kryzysu, ciśnienia na przeżywanie, czy szukanie na siłę w sobie zmian. Czterdziestka, jak czterdziestka – ot kolejne urodziny. No ale nie byłabym sobą gdybym trochę nie podłubała, nie zajrzała w swoje ciemne zakamarki i nie odbyła rozmowy z przyjaciółką, która dosłownie kilka lat temu weszła w piątą dekadę życia (o matko, to już nie brzmi fajnie). I tak sobie rozmawiamy, że w sumie to nic się nie zmieniło, do trzęsienia ziemi nie doszło, a jednak… Kurde, a jednak.

Fajna ta czterdziestka! Fajna, bo człowiek wcale nie czuje się 40-latkiem, a wręcz przeciwnie, jeśli dobrze wykorzystał ten czas, który był mu dany, to dla niego 40 jest jak nowe 20. Poważnie! Kiedy wiesz, że możesz wszystko i to nie jest kwestia twojej wiary tylko pewności, że naprawdę możesz.

Do mojej czterdziestki zostało jeszcze chwilę, ale już zamierzam piać peany na jej temat i już dziś się nią cieszyć. Dlaczego? Bo kończąc 40 lat wiem to, czego nie wiedziałam mając 20 i to jest fantastyczne doznanie!

Wiem, że:

– jestem fajna – bo lubię siebie, bo tak naprawdę nie ma znaczenia, czy mam długie, czy krótkie włosy, płaski brzuch czy okrągły, grube czy chude uda. Akceptuję siebie nie przejmując się opiniami innych.

– dystans do świata to podstawa – bez tego człowiek wariuje, poddaje się trendom, opiniom, jest jak ta nieszczęśliwa chorągiewka, która w sumie już sama nie wie, w którą stronę wieje wiatr. Po prostu olać należy pewne kwestie, na które nie ma się wpływu, usiąść na krześle, zatrzymać się i zobaczyć, czy to czym się tak podniecam warte jest w ogóle moich emocji. Może lepiej skupić się na czymś innym,

– słabości są super – przestaję się korygować, że oj ja to nie, ja to wszystko potrafię, wszystko zrobię i wszystkim udowodnię, że stać mnie na więcej niż im się wydaje. Tyle tylko, że ci wszyscy mają to w głębokim poważaniu. To ja durna stawiam sobie poprzeczki nie wiedzieć czemu tak wysoko, że aż mi niedobrze, kiedy patrzę w górę. A teraz – znam swoje mocne i słabe strony i te słabe, których przez lata nie udało mi się przezwyciężyć oswajam, za to mocne trenuję wyciskając nimi największe ciężary.

– warto mieć marzenia – kiedyś marzyłam o niebieskich plażach i złotych piaskach – nie żebym dalej nie marzyła, ale większość moich marzeń przybrało realny cel. Nie są bajkami wyssanymi z palca tylko realną szansą na ich spełnienie. Siadam i myślę, co się wydarzy, jak już się spełnią i kiedy czuję i widzę to wszystko, co się stanie – wiem, że warto. I choćby mnie trzymali za fraki, rzucali kłody pod nogi, to będę dążyć do tego, w co wierzę i czego naprawdę chcę.

– odpuść to moje drugie imię – pokochałam to słowo i w końcu je zrozumiałam, że nie warto walczyć z niektórymi wiatrakami, że lepiej dać sobie spokój. To jedno. A drugie, że warto też odpuścić sobie, że nic na siłę nie ma najmniejszego sensu, że to, że odpuszczę teraz może doprowadzić do tego, że w końcu się uda, kiedy odpocznę, kiedy nabiorę dystansu, kiedy odmówię. Zamykam drzwi – otwierają się okna – jeny to taki banał, a taki prawdziwy.

– szkoda nerwów – na ludzi, na sytuacje. Czasami, a raczej częściej niż czasami lepiej odwrócić się na pięcie i pójść w swoją stronę niż się szarpać, dyskutować, próbować udowodnić swoje racje komuś, kto i tak nie chce ich zrozumieć.

– warto być sobą – zawsze i wszędzie. Nie ma sensu dla potrzeb innych udawać kogoś innego, korygować się, by pasować innym, by być lubianym. A w nosie to mam, bo albo ktoś akceptuje mnie taką, jaką jestem, albo nie. Nie musi, nie ma przymusu. Dla mnie ważne, żebym mogła sobie spojrzeć w oczy, powtórzyć każdemu to, co mówię głośno i nie wstydzić się swoich poglądów, opinii i uczuć. W końcu dać sobie przyzwolenie na bycie sobą, nie dopasowywać się do oczekiwań innych. Nie być jakaś. I dobrze mi z tym, najlepiej.

Czuję te energię, która przepływa mi przez ciało. Uśmiecham się do siebie, a w środku wszystko mi krzyczy: „Uważaj świecie! Nadchodzę!”.


Czy kobieta musi zamordować swojego oprawcę, by w Polsce dostrzeżono problem przemocy domowej? Rocznie ginie do 400 kobiet

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 stycznia 2017
Czy kobieta musi zamordować swojego oprawcę, by w Polsce dostrzeżono problem przemocy domowej? Rocznie ginie do 400 kobiet
Fot. iStock / GeorgePeters
 

Próbuję od pewnego czasu odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego mężczyźni, którzy obecnie dzierżą władzę w swoich rękach tak nienawidzą kobiet? A nawet próbowałam to sobie złagodzić, że może nie nienawidzą, ale zwyczajnie nie lubią, a może ich drażnimy? Tylko dlaczego pozostaje bez odpowiedzi.

Kurde pytałam też osób zdecydowanie ode mnie mądrzejszych, ale nikt łopatologicznie tego problemu wytłumaczyć nie potrafi.

No przecież nie może być tak, że wszyscy posłowie partii rządzącej zostali kiedyś przez jakąś kobietę skrzywdzeni, nieszczęśliwie zakochani, porzuceni. To by było chyba jednak zbyt proste.

Kobiety chce się zepchnąć na dalszy plan marginalizując nasze problemy. Bo w sumie to co my za problemy mamy. 500 złotych na dziecko dostałyśmy, kosmetyczne poprawka w kodeksie karnym dotyczącym alimentów jest. Nic tylko się cieszyć i skakać pod sufit.

Tymczasem Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło na ten rok wsparcia finansowego dla Centrum Praw Kobiet. Fundacji, która od 22 lat wspiera kobiety będące ofiarami przemocy domowej. Kobiety, które nie mają gdzie się podziać, które przez wiele lat boją się prosić o pomoc kogokolwiek, bo wcześniej znikąd wsparcia nie otrzymały, zostają właściwie bez niczego, zdane na same siebie.

Ja tego kompletnie nie jestem w stanie pojąć. Najpierw próbuje się nam odebrać prawa o samostanowieniu, dać 500 plus – dzisiaj mam wrażenie, że po to, by naprawdę nas zamknąć w domach, choć nie chciałam nigdy generalizować. Ale co mamy myśleć my kobiety, skoro po kolei ogranicza się nam to, co zdaje się miałyśmy, a raczej powinniśmy zagwarantowane?

Dlaczego mamy cierpieć po cichu, nie dochodzić swoich praw. Spotkałam kobiety, które mąż bił, a wcale niekonieczni bił. Bo oprawca może mieć na sobie garnitur, skórzaną teczkę pod pachą, a w domu napierdzielać żonę, ile wlezie, gdy tylko coś nie pójdzie po jego myśli. A ona nie zna dnia, godziny, ani tak naprawdę przyczyny? Za co, po co?

Ministerstwo tłumaczy, że odmawia finansowania CPK ponieważ fundacja zawęża pomoc jedynie do kobiet. A ja się pytam, gdzie to zawężenie, skoro 95% ofiar przemocy domowej stanowią kobiety? Czy musi dojść do tragedii, żeby ktoś otworzył oczy? Zobaczył, jak to naprawdę wygląda?

Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się historia Francuzki opowiedziana w filmie „Zabiłam, aby żyć”, którą mąż bił przez 14 lat. Przez 14 lat systematycznie się nad nią znęcał, gwałcił. Wiecie, jak się czuje ofiara? Jak czuje się kobieta, kiedy silniejszy od niej mężczyzna ją upokarza, upadla śmiejąc się jej w twarz i mówiąc z przekonaniem, że i tak nikt jej nie uwierzy, że i tak nikt jej nie pomoże, więc po co ma iść. Milczące przyzwolenie sąsiadów, rodziny było tylko potwierdzeniem jego słów. Bo skoro nikt nie reaguje, to on MUSI mieć rację.

Policja nie widzi problemu, a ona próbując uciec i tak wraca do domu, gdzie za czterema głuchymi ścianami przeżywa w ciszy swój dramat. Swój i czwórki swoich dzieci. W końcu ofiara staje się katem. Jednym pchnięciem noża, kiedy próbuje się bronić, zabija swojego męża. Toczy się proces, w którym przez trzy dni kobieta opowiada o swojej tragedii, o tym, jak przestała być człowiekiem, a stała się zaszczutym zwierzęciem. Prokurator podkreśla jednak, że sądzą morderczynię, a nie ofiarę przemocy! Że ofiarą jest mąż, a próbuje się w procesie nadać mu status oprawcy.

Kobietę sąd oczyszcza z zarzutów o morderstwo. W filmie padają znaczące słowa, że skoro ona nie uzyskała przez 14 lat pomocy od państwa, teraz jej głos powinien zostać wysłuchany, właśnie teraz powinna zostać uniewinniona…

To historia sprzed lat. Ale przecież kilka tygodni temu ułaskawiono Jacqueline Sauvage, która trzema strzałami w plecy z broni myśliwskiej zabiła swego męża.
Znęcał się nad nią przez 47 lat ich małżeństwa, gwałcił i bił. Później gwałcił też swoją córkę… Kobieta została skazana na 10 lat więzienia, za to, że przez 47 lat była ofiarą i w końcu nie wytrzymała… Wyrok wstrząsnął społeczeństwem, kobiety zebrały podpisy pod petycją i Jacqueline Sauvage została uniewinniona. We Francji wywołało to po raz kolejny dyskusję na temat przemocy domowej, której doświadczają kobiety ze strony mężczyzn. Statystki wówczas podawały, że we Francji w 2014 roku 118 kobiet zostało zamordowanych będąc ofiarami przemocy domowej.

W Polsce ginie rocznie z rąk swojego oprawcy od 300 do 400 kobiet. Nikt o nich nie pamięta, może ktoś zapłacze na pogrzebie, może ktoś zmaga się z wyrzutami sumienia, że nie pomógł, nie usłyszał, nie dostrzegł… Może…

Więc wytłumaczcie mi (nie będę kląć, obiecałam sobie) dlaczego w naszym kraju odmawia się dotacji dla Fundacji, dzięki której choćby jedna kobieta mniej nie stanie się ofiarą śmiertelną swojego kata, nie osieroci dzieci, które albo zostaną w domu z oprawcą i o ich los nikt już nie zapyta, albo trafią przez władze, które odmówiły pomocy ich matce, to domu dziecka?

Wytłumaczcie mi, dlaczego ofiara ma milczeć? Dlaczego nie chce się jej pomóc? Czy naprawdę brak tam na górze zwykłego ludzkiego pochylenia się nad życiem tych kobiet, które żyją w piekle, z którego nieliczni chcą pomóc się im wyplątać?

Wytłumaczcie mi dlaczego odmawia się finansowania Fundacji, która pomaga w 95 procentach ofiarom przemocy domowej tylko dlatego, że nie pomaga  pięciu pozostałym procentom, które stanowią mężczyźni?

Fundacja, która dawała wsparcie psychologiczne, prawne, a także zawodowe kobietom, by te mogły wraz ze swoimi dziećmi zacząć prowadzić normalne życie, próbować zabliźnić te wszystkie krwawiące rany, o których zapomnieć się nie da, nie ma środków na pomoc. Nie ma środków, ponieważ państwo, które mówi o miłosierdziu odmawia dotacji. Przez 22 lata działalności to się nie zdarzyło…

 


Bywa, że skarpetki na podłodze urastają do rangi konkretnego argumentu do rozwodu i to w dodatku z orzeczeniem o winie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 stycznia 2017
Bywa, że skarpetki na podłodze urastają do rangi konkretnego argumentu do rozwodu i to w dodatku z orzeczeniem o winie!
Fot. iStock / THEPALMER
 

Muszę, bo się uduszę. Ja wiem, ja wszystko rozumiem i zdaję sobie sprawę, że jedne skarpetki na podłodze rozwodu czynić nie powinny… Ale żesz do diabła!

Kocham mojego męża, naprawdę. Wydaje mi się nawet, że akceptuję wszystkie jego dziwactwa wierząc, że on moje też jest już w stanie znieść. Ba, zaakceptowałam nawet fakt, że pewnych rzeczy zmienić się nie da. Pewne nawyki po prostu płyną we krwi i choć byśmy się dwoili i troili – dupa blada – on nadal kubek po kawie będzie zostawiał tam, gdzie stał z nim po raz ostatni.

Nie jestem jednak żadną świętą, co skutkuje tym, że od czasu do czasu krew mnie zalewa, para wychodzi uszami i zabiłabym za każdy okruszek pozostawiony na blacie w kuchni!

I niech nikt mnie nie tłumaczy PSM, czy innym cholerstwem. Jestem odporna na działania hormonów – przynajmniej tak sobie wmawiam. Ale przysięgam. Przysięgam. Raz na jakiś czas jakbym wrzasnęła, tupnęła, talerzy natłukła! Oj tak, zwłaszcza, gdy nie wiedzieć czemu, wszystko się nagromadzi, a skarpetki na podłodze urastają do rangi konkretnego argumentu do rozwodu i to w dodatku z orzeczeniem o winie!

A wystarczy jedna rzecz, jedna drobniutka, która z zasady nie wyprowadza mnie z równowagi, ale bywają takie kiedy, z czeluści mojej głęboko zakopanej drażliwości wypływają jedne po drugim obrazy, które wyprowadzić mogłyby wyprowadzić świętego, a już ustaliliśmy, że na to miano z pewnością nie zasługuję.

Macie tak? Proszę, powiedzcie, że macie, kiedy jedyne o czym myślicie to wykrzyczeć długą listę przewinień targających waszą cierpliwością, wyrozumiałością i akceptacją. Bo ja dziś muszę! Żeby nie popełnić żadnej zbrodni, która burzy się w mojej krwi!

No więc, jeśli kiedykolwiek on będzie chciał się ze mną rozwieźć nie będę się bała użyć tych argumentów w walce o to, kto był bardziej, mocniej i lepiej w tym związku i nie robił (a przecież mogłabym) co chwilę awantur o:

iStock-629296014– niezamkniętą maselniczkę, po prostu zawsze, ZAWSZE musi zostać otwarta, z czego od czasu do czas skwapliwie korzysta nasz kot

– zostawioną na blacie deskę do krojenia z brudnym nożem, kawałkiem wędliny i serem – jakby naprawdę trudno było to, co brudne wrzucić do zlewu, a jedzenie od razu schować do lodówki; nie jestem w stanie zrozumie na co i po co to…

– brudną kuchenkę, jakby syfu i brudu na niej widać nie było po zrobieniu obiadu… Przetrzeć, wytrzeć i po krzyku, to dwie minuty, no ale to ja muszę je wygospodarować…

– przekładanie rzeczy w lodówce – czy naprawdę tak trudno pojąć, że serki, jogurty itp. – na górze, wędliny – półka niżej itd.? Nie – jak on układa wszystko wywala do góry nogami! Gryzłabym!

– chowanie moich rzeczy – nagle okazuje się, że moje buty lądują w garażu, a kurtka gdzieś głęboko w szafie, bo on robił porządki jedyne co mu przeszkadzało, to mój nadmiar butów, ciuchów, książek – więc je schował, bo niby po co mi tyle

– chomikowanie – bo o punkt wyżej bym się nie wściekała, gdyby nie fakt, że mój mąż jest chomikiem, ale nie trzyma wszystkiego co niepotrzebne w polikach, tylko w pudełkach, pudełeczkach, skrzyneczkach… Stare buty, koszulki, których już nigdy nie ubierze, piłki podziurawione – mogłabym wymieniać jak szalona. Mogę tylko, jak nie ma go w domu wyrzucać co mi w ręce wpadnie – a on i tak nigdy tego nie zauważa…

– i ten kubek, który naprawdę zostawia akurat tam, gdzie skończył wypić kawę, już nie zbieram – pytam, gdzie są kubki i w prezencie otrzymuję całą stertę pochowanych po kątach, na podwórku naczyń…

– i skarpetki – a jakże – że to niby taki symbol. O matko jak ja bym chciała, żeby symbolem tylko pozostał. U nas te skarpetki NAPRAWDĘ leżą koło kanapy! I wyobraźcie sobie, że potrafię na nie nie zwracać uwagi, bo to i tak nic nie zmieni, ale jak przychodzi taki dzień jak dziś… włożyłabym do gardła i kazała zjeść na obiad!

iStock-629296100– o jeny i jeszcze – o te kanapki, które sobie robi wieczorem i którymi szczuje moją ledwo co podjętą dietę! Jak tak można, pytam się jak?!? I jeszcze pyta ze spokojem, czy chcę – je i nie zwraca uwagi na mój morderczy wzrok

O rety już mi lepiej. Choć szukam jeszcze w głowie powodów na usprawiedliwienie ewentualnej zbrodni mając nadzieję, że mnie rozumiecie i wspieracie w tak trudnym dla mnie dniu jak dzisiaj. Bo jak jeszcze raz zobaczę otwartą maselniczkę, to przysięgam… nie ręczę za siebie.

P.S. A może po prostu pójdę spać. Na szczęście jutro będzie nowy dzień z serem nie na tej półce, który nie wyprowadzi mnie z równowagi.