13 buddyjskich prawd o życiu. „Największym dobrem jest spokój umysłu”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 września 2017
Fot. iStock / den-belitsky
 

Warto mieć swoją prywatną mantrę. Kilka prawd o życiu, powtarzanych w trudnych momentach, w chwilach zwątpienia naprawdę pomaga wrócić „do pionu”. Nawet jeśli wydaje ci się, że to tylko słowa. Te, które zagoszczą na dłużej w naszym sercu zaczną kreować naszą rzeczywistość.

13 buddyjskich prawd o życiu

1. Największym osiągnięciem jest bezinteresowność.

2. Największą wartością umiejętność samodoskonalenia, chęć rozwoju.

3. Największą zaletą jest umiejętność pomagania innym.

4. Największą nauką o sobie samym jest stała świadomość.

5. Największym lekarstwem jest brak pragnienia, by mieć więcej.

6. Największym wyzwaniem jest brak konformizmu.

7. Największą trudnością jest kontrolowanie swoich namiętności.

8. Największą hojnością jest umiejętność nieprzywiązywania się do rzeczy materialnych.

9. Największym dobrem jest spokój umysłu.

10. Największą miarą cierpliwością jest pokora.

11. Największym wysiłkiem jest umiejętność godzenia się z porażkami.

12. Najlepszą medytacją jest pozwolenie swojemu umysłowi, by czasem zapomniał.

13. Największą mądrością jest widzieć ponad to, co rzuca się w oczy.

Fot. iStock

Fot. iStock


Na podstawie: curejoy.com


Coraz więcej ludzi, coraz mniej nas. Epidemia samotności

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 września 2017
Fot. iStock / 5xinc
 

Czy można być samotnym na planecie tak pełnej ludzi? Czy można przeżyć lata w tym samym domu, łóżku z drugą osobą i nosić w sercu rozdzierającą samotność? Tak, bo zbyt szybko, zbyt pochopnie wchodzimy w relacje, bo nie pytamy samych siebie, z kim czujemy się naprawdę dobrze, czego w głębi duszy pragniemy, by być szczęśliwym. Zachłystujemy się płytkimi uczuciami, wpadamy w czyjeś ramiona, a potem budzimy ze snu i okazuje się, że nasz mąż, partner, wspólnik jest kimś, z kim mamy niewiele wspólnego. Kimś, kto nas nigdy nie zrozumie. I on też czuje się samotny.

Kasia jest w związku od 12 lat. 4 lata temu wzięła z Jackiem ślub, mają półtora roczną córeczkę. Jak sama mówi, ta relacja toczyła się siłą rozpędu. Zaczęli się spotykać, na początku było fajnie, robili wspólnie mnóstwo rzeczy, a potem wspólne tematy się wyczerpały. A może stracili zainteresowanie sobą nawzajem? Przestraszyło ją to, zdecydowała się przyjąć oświadczyny Jacka, żeby „coś zmienić”. Pomyślała, przyjdzie nowe, wszyscy mówią, że ten papierek to jednak jakaś gwarancja. Może ten dziwny niepokój minie? Może wszystko stanie się prostsze, nie będzie sobie stawiała niewygodnych pytań, jak wtedy, gdy wyjechał na dwa tygodnie służbowo do Stanów, a ona zastanawiała się jakby to właściwie było, gdyby nigdy nie wrócił i w panice zauważyła, że nie tylko nie tęskni, ale nawet czuje się lepiej, swobodniej, pewniej. Że tak mogłoby zostać. Ale przecież, nie po to są ze sobą tyle czasu, żeby teraz zerwać. Rodzice znają Jacka, traktują jak syna. Więc pobrali się, szybko na świat przyszło dziecko i wtedy jeszcze wyraźniej zobaczyła, jak bardzo im do siebie daleko. Że ona nie zamyka się w domu, że stara być na bieżąco, że chce wiedzieć więcej, podróżować. A on w tej swojej firmie jest tym, kim miał być. Poczuła taką samotność, taki ciężar wynikający ze świadomości, że oboje nigdy nie będą w stanie się zrozumieć, ani cieszyć swoim towarzystwem, że aż straciła oddech.

Kasia dużo płacze, coraz mniej rozmawia z partnerem. Uważa, że nie przełamie tej samotności, że ich już nic nie uratuje. Będą trwali, zamknięci w swoich kokonach, w tym ona nieco szczelniej niż on. Będą nieszczęśliwi.

Asia o samotności w relacji z innymi ludźmi mogłaby napisać książkę. Ale mówi, że u niej ta samotność jest chroniczna. Że ona po prostu czuje, że ludzie nie potrafią się do siebie zbliżyć, zainwestować siebie w jakąś relacje, bo ogranicza ich lęk. Zakładają sobie konta na Facebooku, przyjmują do grona znajomych ludzi, których widzieli raz w życiu, z którymi nic ich nie łączy. Chwalą się potem liczbami lajków i popularnością, która nie przekłada się na prawdziwe, ludzkie emocje. Na kontakt, dotyk, na uczucie namacalne, które sprawia, że nie czujemy się samotni, ale kochani, doceniani, ważni. To nie musi być miłość, to może być przyjaźń, sympatia, a nawet krótka rozmowa na przystanku autobusowym z kimś, kogo widzisz pierwszy raz, ale czujesz, że dobrze się rozumiecie, że mówicie tym samym językiem. Coraz mniej nas na to stać – mówi Asia.

Zakładamy rodziny i nie potrafimy być blisko z własnymi dziećmi, nie potrafimy dać im siebie, swojego czasu, zbywamy je kilkoma słowami, gdy chcą zaprosić nas do swojego świata. I one też są samotne i w tej samotności wyrastają, nie potrafiąc podzielić się tym, co nam bliskie z innymi. Bo jak tu nagle opowiedzieć o tym, co bliskie, jak przeskoczyć ten mur, który się budowało latami?

Epidemia samotności to prawdziwa choroba naszych czasów. Paradoksalnie, bo przecież wszelkie nowoczesne technologie wykorzystujemy po to, żeby się do siebie jeszcze bardziej zbliżyć: komunikatory traktujemy jak „smycz”, którą można założyć partnerowi i go kontrolować. A jednak, gdy wracamy do domu, wciąż rozbrzmiewa w nim przerażająca cisza.


Kultura wstydu. O matkach, które są toksyczne i córkach, które nie przestają się obwiniać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 września 2017
Fot. iStock / lofilolo

Wszystkiemu winne mity o macierzyństwie. Że wszystkie kobiety są opiekuńczymi matkami, że każda z nas pragnie mieć dziecko. Że związek, relacja między matką a córką jest z natury dobra, pozytywna. Że mamy instynkt macierzyński i wszystkie kochamy swoje dzieci bezwarunkowo. Obowiązkowo.  

Niekochana córka nigdy nie ma wątpliwości, że z jej matką jest wszystko w porządku. Ona wstydzi się samej siebie. To kultura, w której została wychowana określa ją jako niewdzięczną, narcystyczną, roszczeniową. Bo ona pragnie miłości, a powinna być wdzięczna za wszystko inne, co otrzymała. Przecież miała co jeść, miała dach nad głową i ubranie. To, że w dzieciństwie nie zaspokojono jej emocjonalnych potrzeb, że zabrakło miłości i wsparcia, to jakby jej wina. Sama jest sobie winna. A może przesadza, dramatyzuje, sama nie wie, czego tak naprawdę chce. Kultura wstydu ją osacza i sprawia, że sama siebie wytyka palcami. I nie jest akceptowana.

Takie odrzucenie często utrudnia drogę córki, jako już dorosłej kobiety do odzyskania psychicznej harmonii, równowagi emocjonalnej. Trudno jej nawet nazwać to, co czuje, trudno zmierzyć się z czymś nieokreślonym. Narasta wewnętrzny konflikt z sobą samą

Niekochane córki czują się tak, jakby nigdy nie należały do swoich rodzin. Mimo to, nie potrafią się odciąć, przeciąć relacji z toksyczną matką, bo to więź szalenie uzależniająca. One ciągle mają nadzieję na to, że coś się zmieni.

Wstyd i kod ciszy

Niekochane córki rzadko mówią komuś o tym, co dzieje się w domu w dzieciństwie, częściowo dlatego, że zakładają, że to, co się tam dzieje, zdarza się wszędzie. Normalizując, tłumacząc sobie sposób w jaki są traktowane – nawet jeśli są poddawane ostre krytyce, izolowane od rodzeństwa – adaptują się do sytuacji i próbują przetrwać. Ale dorastając, bywają w domach przyjaciółek i widzę, że tam jest inaczej. Że relacje między matkami a córkami mogą być inne, lepsze, ciepłe, dobre. Wtedy rodzi się wstyd i niepokój. Wtedy również zaczyna się obwinianie siebie samej za to, że mama traktuje cię inaczej, gorzej. Toksyczne matki często usprawiedliwiają swoje postępowanie i nadużycia, których się dopuszczają względem swoich córek, przesuwając winę na dziecko. Mówią na przykład: „Nie musiałabym cię karać, gdybyś nie zachowała się ostrożniej, gdybyś nie była taka nieważna, niezdarna, głupia”. Albo: „Zadajesz tylko głupie pytania, a ja mam lepsze rzeczy do roboty, niż zadawanie się z głupimi ludźmi”, „Gdybyś była lepszym dzieckiem, nie musiałabym krzyczeć”.

Córka milczy. Przychodzi okres dojrzewania i młodzieńcza konieczność, chęć dopasowywania się, bycia taką samą jak inni. Uniemożliwia to jednak palący wstyd i zmartwienie, że jest się „inną”, gorszą. Trudno poprosić o pomoc, o wsparcie rówieśników. Trudno powiedzieć prawdę. Bo wstyd.

Badania wykazują, że zarówno ostra krytyka jak i surowa dyscyplina stosowane jako metody wychowawcze sprawiają, że w dorosłym życiu mamy skłonność do odczuwania wstydu nawet w takich sytuacjach, w których wstydzić się wcale nie powinniśmy. I choć impuls do zaprzeczenia lub ukrywania jest w nas niezwykle silny, wstyd „wypływa na powierzchnię” nawet nieświadomie. Podatne na to uczucie osoby doświadczają intensywnego gniewu , wyrażają go sposób niestabilny i destrukcyjny. A robią to po to, by zagłuszyć poczucie winy. Nie trzeba chyba dodawać, że ich zdolność do utrzymania długotrwałej, silnej relacji z ukochaną osobą jest dość ograniczona.

Wstyd i udawanie odgrywają znaczącą rolę w życiu wielu niekochanych córek, choć rzadko zdajemy sobie z tego sprawę. Praca nad emocjami związanymi z niesłusznym obwinianiem się i poczuciem wartości to kluczowe kroki na drodze do odzyskania właściwych proporcji, harmonii w życiu psychicznym.


 

Na podstawie: psychologytoday.com


Zobacz także

Wszyscy jesteśmy kuzynami… Obejrzyj ten niezwykły filmik i przekonaj się, że jesteś obywatelem całego świata

Somatyczny typ sylwetki. Sprawdź, który jest twój

Somatyczny typ sylwetki. Sprawdź, jaki jest twój

Jestem lesbijką z małego miasta. Opowiem ci, jak to jest, kochać inaczej i być za to tak strasznie niezrozumianym