11 rzeczy, których absolutnie żadna kobieta nie powinna mieć w swojej szafie!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 sierpnia 2016
fot.iStock/stevecoleimages
fot.iStock/stevecoleimages

Może i moda powraca, a przechowywanie rzeczy które są w topowych trendach dziś, przyniosłoby oszczędność w przyszłości. Jeżeli masz na to miejsce, nie ma sprawy! Są jednak rzeczy, których dorosła kobieta nie powinna mieć w swojej szafie. Zrób bezlitosny przegląd garderoby i poczuj prawdziwy wiatr zmian!

1. Stare karnawałowe kostiumy 

Seksowna kotka, czarownica czy może raczej stylizacja na lolitkę? Cokolwiek kryje się w zagłębiach twojej szafy, wyrzuć to natychmiast! Z wiekiem bardziej niż na przerażających strojach, powinno nam zależeć na klasie. Także w czasie Halloween czy karnawałowych przebieranek. Dlatego przy kolejnej takiej okazji postaw na szałowy makijaż. O starym kostiumie zapomnisz chwilę po spakowaniu go do worka.

2. Kilkuletnie staniki 

Mogą być cholernie drogie i piękne, ale po kilku latach noszenia nawet te najlepsze zaczynają tracić swoje właściwości. Nie podtrzymują tak dobrze biustu, zaczynają się źle układać, a przy okazji wychodzą z nich nitki. A przecież nigdy nie wiesz, kiedy ktoś zobaczy twój biustonosz! No dobra, przede wszystkim zrób to dla swojego zdrowia.

3. Buty, które bolą

Dosłownie. Już samo patrzenie na nie sprawia, że twoje nogi zaczynają błagać o litość. Pomimo krwi, którą zostały ochrzczone, i tak dumnie stoją w twojej szafie. Ok, mogły być drogie, markowe, od najlepszych projektantów, ale umówmy się – i tak już więcej ich nie założysz. No chyba, że jesteś masochistką lub będziesz mogła założyć je tylko zdjęcia.

4. Dziurawe i brudne rzeczy

Plama z wina, która nie zeszła pomimo kilku prań i stosowania wszystkich możliwych trików z Internetu. Spodnie z dziurami w innych miejscach niż kolana. Sweter zjedzony przez mole. Wszystko. Bez litości! Sprzątasz, a to oznacza, że wyrzucasz wszystkie rzeczy, które nie nadają się już do użytku.

5. Studniówkowa sukienka

Jeżeli ciągle masz w swoim asortymencie kieckę, w której bawiłaś się na studniówce jestem pełna podziwu. Jeżeli się w nią mieścisz – chylę czoła! Ale umówmy się, nie założysz jej na kolejne wyjście do teatru czy na uroczystą kolację. No chyba, że to klasyczna mała czarna. W innym przypadku – kierunek kosz!

6. Wychodzone legginsy 

To ubranie z sekcji tych, co to niszczą się po kilku tygodniach dużej eksploatacji. Wycierają się, wyciągają, a przy tym tracą swój kształt. Ty także na tym tracisz. Nie da się inaczej określić ciągłego podciągania legginsów, które powinny stabilnie leżeć na tyłku. No i go podkreślać!

7. „Na chude lata”

„Oh, to zostawiam! Na pewno wcisnę się w to za kilka miesięcy, jak tylko schudnę!” W 90% to nie nadchodzi. Nie ma się co oszukiwać, a przy okazji zagracać swojej szafy. Oddaj młodszej siostrze, sprzedaj na Allegro, ale na pewno nie zachowuj!

8. Bardzo, bardzo obcisłe sukienki

Przede wszystkim te, w których tracisz oddech. Tak, tak – było modne, więc się kupowało. Szkoda, że nie myślimy tak o swoim komforcie „O, super, kupię! Tak dobrze się w tym czuję!” Zostaw tylko tą, która ma naprawdę dobry rozmiar, potrafisz w niej oddychać i dobrze na tobie leży. Reszta otrzymała dyskwalifikację!

9. Źle dopasowane garsonki

Pamięta twoją pierwszą poważną rozmowę kwalifikacyjną, a może pierwszy dzień pracy? Pora na zmiany! Zacznij od zmiany wyposażenia szafy. Stara garsonka niestety nie przeszła rekrutacji. Zainwestuj w coś nowego, niekoniecznie idealnie dopasowanego do siebie. Ważne, żebyś pięknie wyglądała!

10. Grzeszne decyzje 

Wyprzedaż. Ogromna wyprzedaż. Pewnie już wiesz, co będzie dalej. Kupujesz coś, w czym wyjdziesz raz, maksymalnie dwa razy. Jest modne, ma świetną cenę, będziesz miała się czym pochwalić! Czasu nie cofniesz, ale możesz wycofać tą transakcję ze swojej pamięci. Niezależnie od tego, czy chodzi o spodnie z wyciętymi nogawkami czy bluzkę z dziurami – kierunek jest tylko jeden.

11. Wielkie t-shirty 

Kiedyś dostawałaś je przy każdej okazji. Koniec studiów, obozy, konferencje… I tak w szafie masz całą półkę z koszulkami, które w większości są promocją jakieś firmy. Ok, to świetna piżama, ale na tym koniec. Zostaw dwie, góra trzy sztuki. Reszta powinna się powitać z workiem lub… podłogą! Bo to idealny materiał na szmaty i ścierki.

Oops, Matchy Matchy. #newpaint #oldtshirt #chachachachanges Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jennifer Thrasher (@jthrash)

źródło: PureWow.com


Czy w dobie nieformalnych związków partnerskich ślub ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Pomyślmy…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
12 sierpnia 2016
Fot. iStoclk/Sasha Radosavljevic
Fot. iStoclk/Sasha Radosavljevic

Na samą myśl o wujku spod Szczecina, którego miałam prawo widzieć raz w życiu w okolicach własnych chrzcin, a który to miał być obowiązkowym talerzykiem na weselnym stole – westchnęłam. Wprawdzie znalazłby się kotlet i dla niego, bigos, kawałek grzybka i tatar z jajem na łyżki, na chochle, ale oprócz przykrótkich opowieści mamy na temat jego samego i trabanta, którym jeździł w osiemdziesiątym czwartym – nie wiedziałam nic.Zapraszając wujka trzeba byłoby wysłać papier i dla cioci, żony jego, bo dzieliła ze wspomnianym M3 od dwudziestu pięciu lat, no i nosiła nazwisko panieńskie mojej mamy. Oprócz tego nie miałam z tą panią nic wspólnego.  Skoro ciocia Wanda to i całe kuzynostwo z dziewczynami, narzeczonymi, żonami, mężami, córkami, psami, pięcioma wózkami i zestawem ratunkowym do zmiany pampersa przy drugim „Hej sokoły” każde.

Wiem jak to wygląda, przecież sama byłam kilka razy na weselu z dzieckiem – o zgrozo. I nagle z kameralnej, ciepłej i pełnej wymowności uroczystości przed oczami stawał mi odpust jak na św. Wojciecha, podskakujące gumowe pająki na pompkę, gwar, przepych i absolutne zagubienie wartości, jaką miało być celebrowanie miłości do człowieka, z którym za chwilę, pełna nadziei – nieodwracalnie, miałam spędzić resztę życia. Czy w dobie wielkości związków partnerskich ślub miał jeszcze jakiekolwiek znaczenie i dlaczego wybraliśmy ślub cywilny ze skromnym obiadem w restauracji zamiast opasłego wesela – sprawa jest prosta, a odpowiedzi nasuwają się same.

Po pierwsze nie oszukuj siebie. Z czym będzie komfortowo dla twojej świadomości?

Temat był ułatwiony. Narzeczony miał już za sobą jedno doświadczenie kościelne, które w świetle prawa kanonicznego skutecznie oddalało nas od katedralnego ołtarza. Z resztą, całe nasze życie i sposób, w jaki chcieliśmy je przejść nie pozostawiały złudzeń, że zakładając welon, tren i wciskając się w ciasne pantofelki, bylibyśmy największymi hipokrytami świata. Decyzja o skromnym ślubie cywilnym i małym, smacznym posiłku dla najbliższych gości, była niewymuszona i świadoma, napędzana tym, co od dawna siedziało w naszych głowach – chcemy być małżeństwem, ale nie za wszelką cenę. Chcemy być dla siebie, nie dla zwyczajów i obrzędów.  Ślub cywilny był tym błogim uczuciem, jakie na nas spływało, kiedy stawialiśmy siebie dla porównania w dwóch zupełnie różnych środowiskach i kiedy procesowaliśmy w głowach zupełnie odmienne scenariusze. Warto więc się zatrzymać, pomyśleć, zamknąć oczy i sprawdzić, co tak naprawdę zrobi wam dobrze. Za tym iść, a będzie idealnie.

 Wy już wchodźcie pomału, a ja jadę zmienić spodnie , bo te mi się właśnie podarły w kroku– oznajmił świadek pół godziny przed naszym urzędowym „tak”

Ślub trwał maksymalnie piętnaście minut. Sala nie pękała w szwach, kto był nami zainteresowany przyszedł, kto nie – nic na siłę. Mimo niewielkiej, naprawdę krótkiej uroczystości w akompaniamencie wygranej na syntezatorze, wyciskającej łzy piosenki i PRL-owskim wystroju Sali Ślubów, czułam się, jakbym miała za chwilę zapalić znicz olimpijski. Było w tych piętnastu minutach ukryte przesłanie i wymowność, których definitywnie nie odebrał mi brak kościelnego ołtarza i rezerwacji na trzysta osób w domu weselnym, dwadzieścia kilometrów za miastem. Liczył się fakt, że trzymam za rękę Jegomościa, z którym równie dobrze mogłabym w dziurawych spodniach i starych butach powtórzyć całe przedsięwzięcie w ciemno, kilka razy. Liczyliśmy się my.

 Zastaw się, a postaw się

Czasy się zmieniły. Nie dysponowaliśmy gotówką zbieraną przez rodziców do nogi od stołu przez ćwierćwiecze, a całe przedsięwzięcie finansowaliśmy sami. Być może dlatego rozmiar imprezy skurczył się do niezbędnego minimum. Być może, dobrze się stało. Skromna uroczystość dała nam możliwość pięknej, godnej realizacji planów weselnych bez dodatkowych kredytów i zobowiązań finansowych, których i tak mieliśmy niemało. Kto nie zaczyna zabawy w dorosłość bez kredytu hipotecznego jest panem sytuacji i z tego miejsca serdecznie wszystkich szczęściarzy pozdrawiam.

W całym szale przygotowań do prawdopodobnie jednej z ważniejszych imprez w życiu, staraliśmy się zawsze na szczycie głowy lokować powód, dla którego to robimy, a nie oczekiwania ludzi, których wizje nierzadko rozmijały się całkiem zamaszyście.

Grzecznie, aczkolwiek stanowczo trzymaliśmy się swojego scenariusza udowadniając sobie, że warto czasem iść za głosem serca, a nie odhaczać kolejne punkty na długiej liście zakorzenionych w narodzie tradycji. Tak oto stanęliśmy przed kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego  w ubraniach z sieciówek, a samochód, pożyczony od serdecznego kolegi, ubraliśmy jedynie w skromne wstążki na klamkach, puszki po krojonych pomidorach, które wlekły się za nami po całym mieście, i tekturę z odręcznym napisem „NOWOŻEŃCY”, którą na sam koniec przykleili na szybę zaproszeni goście.

To, że chcieliśmy się pobrać było jedynie kwestią czasu, a sposób, w jaki to zrobiliśmy, zgodził się ze światopoglądem. Tu się nie ma co oszukiwać – działanie w zgodzie ze sobą przynosi więcej korzyści, niż uleganie presji wszystkich szepcących do ucha poczciwinek.  Nie ma żadnych wyrzutów sumienia i tak jest dobrze.

A co ludzie powiedzą?

Wszystko należy dokładnie przewartościować i zastanowić się, czy ludzie dogadujący za waszymi plecami mają zamiar tak samo aktywnie doradzać wam dalej. Nie? Zatem dlaczego mieliby mieć wpływ na decyzję teraz.

Jeżeli marzeniem był blichtr, rozmach, i ceremonia podążająca wierze, w której byliście wychowani – tam się wpasujcie. Jeżeli rozmiar skali i wizja poplamionej bigosem koszuli wujka ze Szczecina kłóci się z poczuciem waszej estetyki – nie róbcie niczego na siłę. Trzymajcie się swoich azymutów, marzeń, a być może będziecie świadkiem naprawdę pięknych chwil. Byłoby szkoda przegapić istotę, na rzecz sztampowego trzymania się planów ojców naszych i matek, nieprawda? Mamo, tato, kocham Cię. Ale ja wolałabym jednak inaczej. Mogę?


On mnie zdradził, więc ja się zemszczę… Czy zemsta ma zawsze słodki smak?

Anika Zadylak
Anika Zadylak
12 sierpnia 2016
Fot. iStock/Dmitrii Kotin
Fot. iStock/Dmitrii Kotin

Kochasz, ufasz, snujesz plany na przyszłość. I nagle jak obuchem w głowę, słyszysz, że nie chciał, nie planował tego, że nie wie, jak to się stało, ale na pewno nic nie znaczy. A ty w głowie masz tylko dwa obrazki – widzisz ich razem, jak cię po prostu zdradza i… jak ty, w odwecie robisz to samo. I zaczynasz obmyślać plan zemsty. Ma przynieść ulgę i być słodka, tak jak mawiają. Czyżby? 
Historia jakich milion. Poznaliśmy się u znajomych, dość szybko polubiliśmy i staliśmy nierozłączni. I naprawdę szczęśliwi. Po blisko dwóch latach zamieszkaliśmy razem i była to świetna decyzja. Mieliśmy dobrą pracę, pieniądze do odłożenia. Tak, bardzo poważnie myśleliśmy o przyszłości i tylko w kategorii – nasza, wspólna. Wiadomo, były jakieś nieporozumienia, ciche dni, wiesz wszystko w normie. I bez fajerwerków, ale za to dojrzale, stabilnie. I świetny seks. Najlepszy, bo połączony z głębokim uczuciem. O ślubie zaczął mówić on, ale ku mojej radości. Sześć lat razem, znaliśmy się na wylot, byliśmy bardziej niż pewni. I nagle z dnia na dzień coś się zmienia. Nie wiem co, bo niby wszystko było w porządku, ale czuję, że coś jest nie halo. On się miota, dziwnie zachowuje. Widzę w nim zdenerwowanie, ale też przeogromny smutek. Pytam raz, drugi, trzeci. Cisza. W łóżku też jakoś nie tak, jak dotychczas. Bo on jakiś nieobecny, jakby zmuszony do bliskości.

Analizuję domyślając się najgorszego, choć bardzo to wypieram. Boli na samą myśl, a co dopiero, gdyby okazało się prawdą.  Nie chcę pytać, wolę nie wiedzieć. Wiem, że nie będę umiała wybaczyć i zrozumieć. Miotają mną skrajne uczucia, wyobraźnia robi swoje, na wszystkie koleżanki patrzę podejrzliwie.

Bronię się przed sprawdzeniem jego telefonu i skrzynki mailowej. Nie wytrzymuję i pytam wprost: „zdradziłeś mnie?”. On przez moment stoi jak wryty, ale już widzę w jego oczach, co chce mi powiedzieć. Mam odruch wymiotny i nieprzyjemny ścisk, w żołądku, ciemno przed oczami. Chce mi się i płakać i krzyczeć jednocześnie, i wyjść bez słowa.

Słyszę tylko: „przepraszam” powtarzane w nieskończoność. Odwracam się, biorę płaszcz i jednak wychodzę. Dzwonię do przyjaciółki, kupuję dwie butelki wina i wyłączam telefon.

Nie wracam trzy dni, wiem że mnie szuka, obdzwania wszystkich, szaleje. Ja też szalałam, z rozpaczy. Jakby mi ktoś serce wyszarpał i nadal mocno ściskał. Co zrobiłam nie tak, że poszedł do kogoś innego? Gdzie popełniłam błąd, zawiniłam?

Nie znajduję logicznego wytłumaczenia. Chcę wrócić, porozmawiać, spakować rzeczy i rozstać się, jak ludzie, mimo tego, co mi zrobił.

Wchodzę do mieszkania i nie wiem skąd ta uporczywa, wręcz obsesyjna myśl: „Nie, nie tak szybko i łatwo. Skrzywdziłeś mnie, odpowiesz za to”. Żeby już nikomu innemu tego nie zrobić – tak sobie tłumaczę. Nic nie mówię, ale całą sobą zawładniętą rządzą zemsty, wiem, że to zrobię. Taka nauczka, oko za oko, żeby też go bolało jak mnie.

Teraz jak sobie o tym pomyśle, to mi samej siebie szkoda, że taka głupia mogłam być. I wierzyć, że to dobre wyjście, że to przyniesie ulgę. Gówno prawda. Pozwalam mu zostać, ale wyprowadzam ze wspólnej sypialni. Prawie z nim nie rozmawiam, on cieszy się, ma nadzieję, że jeszcze to posklejamy. A tymczasem ja znikam na długie wieczory nie tłumacząc się z kim i gdzie. Czasami wracam nad ranem. Widzę, że to przeżywa, że go boli. I tylko ja wiem, że nic jeszcze nie zrobiłam, choć sugeruję, że jest inaczej. Nie mogę przestać i brnę w to dalej.

Aż pewnego wieczoru wracam od jego kumpla, jest mi strasznie. Miała być ulga, słodka zemsta, poczucie triumfu i wygranej. Lekcja i nauczka na przyszłość. A czuję wstręt do siebie…

Na pewno nie jest tak, jak miało być. Siadam na łóżku i kiedy on pyta, co się stało, wyznaję prawdę.. bez emocji w głosie, jakby mnie życie opuściło.

Nic nie mówi, zaczyna pakować rzeczy… a ja wpadam w panikę. Bo jednak nie chcę by odszedł, przecież jesteśmy kwita, przecież oboje tego nie chcieliśmy. To tylko zemsta, pokazanie mu, jak ja się czułam, jak mnie skrzywdził.

Już stojąc w drzwiach mówi, że nigdy sobie nie wybaczy. Ani tego, że wtedy na wyjeździe raz po pijaku poszedł z laską, której nawet imienia nie pamięta. Ani tego, że teraz ja przez niego, skrzywdziłam siebie. Bo nie zemściłam się na nim, tylko na sobie.

Tak, drugi raz, sama sobie złamałam serce. Nie wiem czego ja się spodziewałam, czego oczekiwałam.  Nie miało to nic wspólnego z poczuciem odwetu i słuszności, że to był dobry krok. Dzisiaj wiem, że zemsta niszczy. Wyżera od środka, sprawia, że przestajesz logicznie myśleć i czuć.

We mnie wtedy, gdy wyszłam z łózka jego kolegi, coś pękło. Rozsypało się bezpowrotnie. Straciłam poczucie godności i szacunku do siebie. Ciężko mi to teraz odbudować. Cierpiałam przez to, że zawiódł mnie najbliższy człowiek. I mówiłam głośno, że najgorszemu wrogowi nie życzę, tego co wtedy czułam. Że to podłe, nieludzkie. A na koniec sama zamieniłam się w potwora. Wierząc naiwnie, że zemsta ma słodki smak.

Jan Parandowski o zemście mówił tak : „Do najpiękniejszych cnót człowieka należy zdol­ność prze­bacza­nia. Zem­sta niszczy zarówno wro­ga, jak i nas sa­mych, nas sa­mych o ty­le groźniej, że pus­toszy naszą duszę, gdy wro­gowi możemy odpłacić tyl­ko szkodą cielesną. Prze­bacze­nie nas pomnaża”. Ja dodałabym jeszcze, że nasza zemsta najbardziej upokarza nas samych.


Zobacz także

href=https://pixabay.com/en/love-couple-paris-romance-people-300292/ target="_blank">damonnofar / CC0 Public Domain

Kochaj siebie samego jak bliźniego swego

Fot. Pixabay /  cherylholt  /

Tak naprawdę, to po co nam właściwie przyjaciel?

Mat. prasowe

W te wakacje odwieź południe Europy – wcale nie tak oczywiste. Akcja „Kocham podróże, kocham swobodę”. Dzień #7 [22.05]