Kiedy praca sprawia, że jesteś szczęśliwy. Wysokość pensji wcale nie jest najważniejsza!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 kwietnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic

Kiedy praca daje nam szczęście? Co sprawia, że czujemy się naprawdę usatysfakcjonowani naszym życiem zawodowym? Dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog motywacji i emocji z Uniwersytetu SWPS, opracowała raport, który powinien być lekturą obowiązkową każdego ceniącego sobie komfort swoich pracowników, pracodawcy.

Okazuje się, że wysokość naszej pensji wcale nie jest głównym czynnikiem motywującym do przyjęcia takiego, a nie innego stanowiska. Najważniejsza jest dla nas pozytywna atmosfera w miejscu pracy oraz sposób w jaki zarządza się firmą. Powszechnie wiadomo, że im bardziej zadowolony pracownik, tym większa wydajność pracy.

Bardzo ważne jest dla nas również to, by wykonywane przez nas zawodowe obowiązki przynosiły nam osobistą satysfakcję. Jeśli nie lubimy naszej pracy, wysokie zarobki i prestiż firmy nie mają dla nas już takiego znaczenia. Żeby odczuwać satysfakcję z pracy, trzeba przede wszystkim widzieć w niej sens i cel… Jeśli dodatkowo identyfikujecie się z wartościami waszej firmy, jesteście jeszcze bardziej zmotywowanymi pracownikami, niż ci, którym ta misja jest obojętna.

Relacje, jakie panują w naszym zespole to kolejny ważny czynnik, jeśli chodzi o poziom zadowolenia pracownika. Tu zależność jest dość oczywista: im lepsza atmosfera, tym większa ochota na to, by przyjść do biura. Warto jednak podkreślić, że najwięcej zależy od nas samych. Jeśli chcemy być szczęśliwi w pracy, po prostu się o to postarajmy…


Na podstawie: centrumprasowe.swps.pl

 


Post dr Dąbrowskiej, czyli warzywno-owocowe sześć tygodni. Podjęłam wyzwanie, wytrwałam – czy polecam?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
20 kwietnia 2017
Fot. iStock / yulkapopkova
Fot. iStock / yulkapopkova

O poście warzywno-owocowym autorstwa dr Dąbrowskiej w ostatnim czasie zrobiło się głośno za sprawą dziennikarki, Karoliny Szostak. Stałą się ona niejako ambasadorką tej metody, najlepiej widzialnym skutkiem stosowania się do zaleceń tej głodówki leczniczej – schudła 20 kilogramów, odmłodniała i niejeden widząc ją „po” nie mógł wyjść z podziwu. Pakt z diabłem, nowa dieta cud czy szarlataństwo? A może nauka, wiedza i prawda? Postanowiłam sprawdzić to na własnej skórze.

Skąd ta metoda?

Ewa Dąbrowska jest doktorem nauk medycznych, przez lata pracowała na Akademii Medycznej w Gdańsku. Podczas pisania swojej pracy doktorskiej zainteresowała się rolą odżywiania w leczeniu chorób cywilizacyjnych i rozpoczęła badania, na podstawie których opracowała nowatorską metodę żywienia. Zanim jednak zagłębimy się w nią, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że post i dieta to dwie różne sprawy – ten pierwszy może trwać maksymalnie sześć tygodni (42 dni) i ma na celu oczyszczenie organizmu, usunięcie z niego toksyn i zbędnych sytuacji oraz doprowadzenie do samoleczenia i przywrócenia równowagi, a z racji na bardzo duże ograniczenie kalorii (do 800 dziennie) nazywany jest głodówką leczniczą. Dieta natomiast, to sposób żywienia, który według pani doktor powinniśmy stosować na co dzień dożywotnio.

Dla kogo post?

Post nie jest metodą na zrzucenie zbędnych kilogramów, choć przy niskiej podaży kalorii jest to niemal nieuniknione. To przede wszystkim kuracja mająca prowadzić do wyzdrowienia i pozbycia się chorób. Autorka metody zaleca przeprowadzenie postu osobom, które zmagają się z problemami metabolicznymi, nadciśnieniem, chorobami skóry, zaćmą, zwyrodnieniami stawów, nawracającymi infekcjami, Hashimoto, PCOS, niepłodnością, cukrzycą, alergiami, zaparciami, zespołem jelita wrażliwego czy zgagą. Przeciwwskazaniem do podjęcia postu są choroby psychiczne i ciężkie depresje, gruźlica, cukrzyca na insulinie, nadczynność tarczycy, niedoczynność nadnerczy, nowotwór, ciąża i okres karmienia piersią. Post wskazany jest również dla osób zdrowych w celach profilaktycznych.

Dr Dąbrowska zaleca by post odbywał się najlepiej przy konsultacji z lekarzem, a wszelkie zmiany w dawkowaniu przyjmowanych leków nie były podejmowane samodzielnie. Pani doktor uważa, że post to czasami jedyna metoda na wyzdrowienie – gdy zawodzi medycyna trzeba odwołać się do natury, oczyścić i powrócić do naturalnej równowagi organizmu.

Głodówka bez głodu

Zasady postu są bardzo proste – przez 42 dni (maksymalnie) jemy tylko wybrane warzywa i owoce. Żadnych zbóż, nasion, mięsa, cukrów, tłuszczy, kawy, alkoholu i papierosów, produktów przetworzonych. Odpadają warzywa wysokoskrobiowe (np. ziemniaki) i strączkowe, a z owoców można jeść tylko jabłka, grapefruity oraz cytryny. No i kiszonki – tego nie można na poście pominąć dla dobra flory jelitowej. Warzywa i owoce można jeść na surowo, w postaci surówek, zup warzywnych przyprawianych ziołami, warzyw duszonych, pieczonych. Po kilku dniach postu organizm ma przestawić się na tzw. odżywianie wewnętrzne (zjada wszelkie złogi, guzki, cysty, blizny np. w płucach), a ośrodek głodu wyłącza się. I tak jest w rzeczywistości, sama się o tym przekonałam! Mniej więcej w trzecim dniu przestałam odczuwać potrzebę jedzenia i tylko uczucie mniejszej energii w pewnych momentach przypominały mi, że czas coś skonsumować.

Moje sześć tygodni

Nie rzuciłam się na post „z marszu”, nie była to spontaniczna decyzja. Zanim podjęłam to wyzwanie przeczytałam wiele artykułów, obejrzałam wykłady pani doktor, zapisałam się do grupy poszczących na Facebooku (ogromne wsparcie i inspiracje, polecam!). Rozważyłam wszelkie za i przeciw, przemyślałam stronę techniczną i ewentualne problemy, a potem zaczęłam się przygotowywać do startu. Od kilku lat odżywiam się raczej zdrowo i rozsądnie, więc było mi łatwiej niż osobom, dla których słodycze i fast foody to codzienność. Dwa tygodnie przed postem odstawiłam mięso, a nabiał ograniczyłam. Tydzień przed powiedziałam kawie „do widzenia” – bolało psychicznie i… fizycznie! Trzy dni męki i błagania o to, by ktoś uciął mi głowę – nawet nie zdawałam sobie sprawy, że kofeina ma na mnie taki wpływ. Ale wytrwałam i nie zmieniłam zdania.

Post powinien trwać minimum dwa tygodnie, ja zakładałam trzy, może cztery – na pierwszy raz to i tak sporo.  Bałam się możliwych kryzysów ozdrowieńczych (nawrót dawnych schorzeń, bóle starych złamań, oczyszczanie się zatok itp.), utraty sił, braku energii. Każdy przeżywa post zupełnie inaczej i trudno powiedzieć, jak go odczuje.  Cóż, u mnie przebiegło to dość gładko – poza bólem głowy po odstawieniu kawy nie mogłam narzekać na inne dolegliwości.  Nie chodziłam głodna, sił miałam wystarczająco, by pracować osiem godzin dziennie w przedszkolu, jeździć na rowerze, ćwiczyć czasami z Chodakowską i funkcjonować tak, jak zawsze.  Schudłam ok. osiem kilogramów i straciłam kilka dobrych centymetrów w obwodach, ale do trzeciego tygodnia nie działo się nic. Teraz w talii mam mniej o osiem, w biodrach sześć centymetrów, ubrania leżą luźniej, inni widzą i chwalą – to chyba najlepszy dowód. Niektórzy na poście zauważają poprawę stanu skóry i włosów, dostają zastrzyk mega energii i witalności, śpią o wiele lepiej – u mnie w tym zakresie niewiele się zmieniło, choć akurat na zniknięcie alergii skórnej liczyłam najbardziej.

Post leczy umysł

To, co najlepszego wynikło z tych sześciu tygodni, to zmiany w myśleniu. Jeśli komuś wydaje się, że je czekoladę, bo organizm się domaga, że bez ciastka do kawy to się po prostu nie da, że warzywa to nuda, a głód jest wrogiem, to jest w wielkim błędzie. Podjadanie też nie jest wynikiem naszej słabej woli, ale nawykiem, z którego można się wyleczyć. Przekonałam się, że z samych warzyw i owoców można wyczarować cuda i odkryć na nowo ich smak – jarski bigos, pieczone jabłko z cynamonem, wege leczo czy warzywne zupy kremy to coś, co na stałe zagości w moim menu. Przeżyłam wypad do restauracji (znajomi – pizza i makarony, ja – jabłko i sok pomidorowy), urodziny i uroczystości w pracy (z ciastem lub tortem w roli głównej); każdego dnia podawałam dzieciakom posiłki – nie popełniłam przy tym ani jednego grzechu i trzymałam się zaleceń. Nie było łatwo, ale pocieszało mnie to, że to tylko 42 dni, a potem, od czasu do czasu, i tort można zjeść.

Post sprawił, że czuję się silniejsza psychicznie, nie myślę o tym co, jak i ile zjeść, nie policzyłam przez ten czas ani pół kalorii – jem z przyjemnością, ale i rozsądkiem, nie zamierzam opychać się i zapychać.  Wychodzenie z postu, czyli stopniowe rozszerzanie diety i dbanie o to, by stracone kilogramy nie wróciły niczym bumerang, to prawdziwe wyzwanie. U mnie kawa wróciła najszybciej – z miłością nie wygrasz! Za słodkościami nie tęsknię – od czekolady wolę  ciasto z czerwonej fasoli lub kaszy jaglanej – nie jestem w stanie zjeść wielkich ilości, bo szybciej czuje się syta. Jeśli chodzi o mięso… nie wiem, czy mam na nie ochotę, na pewno długo jeszcze go nie ruszę.  Zamierzam także powtórzyć post na jesieni, gdy pomidory i papryka będą smakować najlepiej, a po okresie wyjścia wprowadzić jeden postny dzień w tygodniu.

Czy polecam? Oczywiście! Polecam, ale tylko tym, którzy są gotowi na codzienne gotowanie, nie boją się wyzwań, zdrowe odżywianie to dla nich nie moda, a świadomy wybór i tym, którzy chcą przede wszystkim poprawić swoje zdrowie i poukładać sobie w głowie. Jeśli ktoś traktuje post jako cudowną kurację odchudzającą i tylko odlicza dni, gdy znowu sięgnie po batona albo chipsy, to niech sobie daruje – cuda zdarzyć się mogą tylko wtedy, gdy będziemy wewnętrznie gotowi i sami się o nie postaramy.

Więcej informacji nt postu i diety znajdziecie m.in. na stronie dr Ewy Dąbrowskiej – www.ewadabrowska.pl


Krótka opowieść o nadziei. Wzruszająca historia o tym, czym jest wiara w to, że jesteśmy w stanie pokonać najgorsze

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 kwietnia 2017
Fot. Screen /Power of Positivity
Fot. Screen /Power of Positivity

Często zdarza wam się tracić nadzieję? Są takie momenty, kiedy wydaje wam się, że nie ma już szans, by coś ułożyło się po waszej myśli? Kilka dni temu, znalazłyśmy przepiekną opowieść, która mówi o tym, że warto wierzyć do końca… Postanowiłyśmy się nią z wami podzielić. Przeczytajcie i obejrzyjcie fimik.

Pewnego ranka, sześcioletnia dziewczynka czekała ze swoją mamą na otwarcie sklepu. Jej piękne, rude włosy i piegi sprawiały, że wyglądała niewinnie i uroczo. Tego dnia, mocno padało. Wokół zebrał się tłum ludzi. Niektórzy irytowali się, inni stali spokojnie. Panowała cisza. W pewnym momencie, dziewczynka odezwała się głośno: – „Mamo, pobiegajmy w deszczu”.
– „Co takiego? – spytała ją mama. – „Pobiegajmy w deszczu” – powtórzyło dziecko. – „Nie, kochanie, poczekamy aż troszkę przestanie padać” – padła odpowiedź.  Po krótkiej chwili, dziewczynka znowu poprosiła: – „Mamo, pobiegajmy w deszczu”. – „Będziemy całe mokre, jeśli to zrobimy – odpowiedziała jej mama. – „Nie, mamo. Dziś rano powiedziałaś mi, że nie zmokniemy” – przekonywała ją córka.

– „Dziś rano? Kiedy powiedziałam, że możemy biegać w deszczu i nie zmoknąć?” – zdziwiła się jej mama. – „Nie pamiętasz? Kiedy rozmawiałaś z tatą o jego raku, powiedziałaś: „Jeśli nasza wiara pomoże nam przez to przejść, przetrwamy wszystko”. Wokół zapanowała cisza. Mama dziewczynki również przez chwilę myślała o tym, co odpowiedzieć. To był ważny moment w życiu jej córki. Moment, w którym naiwne, niewinne zaufanie może przekształcić się w silną, pozytywną wiarę w to, że „będzie dobrze”.

„Kochanie – powiedziała w końcu mama dziewczynki. – Masz rację. Biegnijmy w deszczu.”


Na podstawie: powerofpositivity.com

 


Zobacz także

Fot. iStock/SamuelBrownNG

Uwaga, uwaga! Szukamy dziennikarza. Kto chętny?

Fot. iStock / alexeyrumyantsev

List nauczycielki

Fot. iStock / OcusFocus

„Najbardziej bałem się, że już zawsze będę nikim. Facet musi mieć pracę. Przed załamaniem uratowała mnie żona”