Po raz kolejny powielamy schemat poprzedniego pokolenia, kiedy to mężczyzna jest najmądrzejszy i on ma prawo głosu

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
31 marca 2016
Po raz kolejny powielamy schemat poprzedniego pokolenia, kiedy to mężczyzna jest najmądrzejszy i on ma prawo głosu
Fot. iStock / darkbird77

Wkurzam się, a uwierzcie rzadko kiedy coś wyprowadza mnie z równowagi. Ale kiedy przeglądam informacje w necie, szukam pomysłów na tekst, rozmawiam z innymi kobietami, to myślę sobie – gdzie my jesteśmy?

Mam wrażenie, że lepiej było nam zostać w rolach przypisanych naszym babciom, a często i matkom Gdzie kobieta doskonale zna swoje miejsce. Wie, komu ma usługiwać, wie, co należy do jej obowiązków i jakie są granice jej (nie)zależności. One, rzadko, ale jednak płakały nad swoim losem. Ale tylko płakały, tylko się użalały same przed sobą, bo komu miały się zwierzyć – własnej matce, albo przyjaciółce? Okryć się wstydem, że nie dźwigają krzyża kobiecości? Przecież już dawno temu zostało zapisane, kto jest głową rodziny, kto ma władzę i kto rządzi. A ty co teraz za fanaberie uprawiasz?!?

Więc nie mówiły, ale wiemy, że w głębi duszy marzyły o tym, by nasze życie, życie ich córek było lepsze. By nasze horyzonty nie ograniczyły się do garnków, przypalonej kuchenki, prania i wycierania glutów dzieciom.

One chciały, byśmy były niezależne, szczęśliwe. One już rozumiały, że miarą szczęścia kobiety nie jest mężczyzna u ich boku. Najpierw same musimy czuć się dobrze ze sobą. „Dbaj o siebie córeczko” – ile razy to słyszałyśmy. „Facet w życiu nie jest najważniejszy” – to też? Bo one między podawaniem obiadu, czekaniem na goździka od pijanego męża w Dzień Kobiet, który to dzień on zawsze musiał jak na święto przystało zakropić, wiedziały, że nie tak powinno ich życie wyglądać. Był jeszcze moment, gdy wierzyły, że będą żyć własnym życiem, a nie tym odziedziczonym po swojej matce.

I daleko jest mi od stwierdzenia, że były nieszczęśliwe. Bo ile z naszych matek przyznawało się do tego, że jej źle, że gdyby nie mąż/dzieci/warunki/okoliczności jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Pewnie były takie, które na swój sposób były szczęśliwe. I w roli kobiety – sprzątaczki, pomywaczki, kucharki czuły się dobrze. Bo nie wiedziały, że można inaczej.

I tym się dziś różnimy. Że my wiemy, że można inaczej. Że możemy wyciągnąć rękę po własne szczęście, że nikt nie musi nam rozpisywać planu według którego powinnyśmy żyć.

I co z tego, że wiemy? Takie niby jesteśmy mądre: dbaj o siebie, bądź dla siebie najważniejsza, kochaj siebie. Miewam wrażenie, że wycieramy sobie tymi frazesami (jakby nie patrzeć jednak prawdziwymi)  dzisiaj buzię. Uspokajamy wyrzuty sumienia i poczucie winy, że marnujemy swoją szansę na dobre życie.

„Jestem feministką” – mówimy, ale bez komentarzy pozostawiamy dyskusje wokół in vitro, nie wypowiadamy się w ogóle  kwestii zaostrzeniu dostępności do antykoncepcji, nie zabieramy głosu w sprawie zaostrzenia prawa do aborcji. W panice sprawdzamy, czy nasze własne granice nie zostały naruszone, czy wolność, którą mamy nadal, choć jest kontrolowaną przez wszystkich wokół, to jakby nie było jest dla nas wolnością.

Jesteśmy smutne, ze spuszczonym głowami powtarzające – jestem zmęczona, bo choć tyle zrozumiałyśmy – że mamy prawo mówić, że mamy dość. Ale tylko mówić, broń Boże wyjść poza ten schemat. Jestem zmęczona, ale niosę zakupy do domu, wiozę dzieci na zajęcia, i nie mam odwagi nie ugotować obiadu.

Dlaczego my jesteśmy takimi cierpiętnicami? Dlaczego nie wierzymy w siebie, w swoją mądrość, rozwagę, a w końcu w intuicję.

Dlaczego nadal musimy być przede wszystkim piękne i zgrabne, a gdzieś na szarym końcu byłoby dobrze – inteligentne, byleby się z tą inteligencją nie wychylać?

Dlaczego to my stoimy w cieniu tego, co mówią i robią mężczyźni?

dlaczego im na to pozwalamy, dlaczego nie stajemy z nimi na równi – nie tylko mamy do tego prawo, ale też wszelkie inne ku temu predyspozycje – bystrość, wiedzę, a także wrażliwość i umiejętność oglądu sytuacji z kilku stron?

Dlaczego my wciąż i w kółko marzymy o tym księciu na białym koniu. Dlaczego nie marzymy tylko o tym koniu (sorry za skojarzenia), na którym będziemy mogły pojechać, gdzie tylko nam się zachce.

Dlaczego uważamy, że musimy się poświęcać? Że nie zasługujemy na więcej od życia poza marnej jakości związkiem, z którego albo nie chcemy się wyplątać albo nie podejmujemy walki, żeby o niego walczyć.

Mam koleżankę. Rozwiodła się. On ch*j, całe szczęście, że już z nim nie jest, bo pewnie zniszczyłby jej resztę życia. Została z dwójką dzieci. Na początku nowego życia stwierdziła jednak, że to nowe jest nic nie warte. Bo jak może być warte, skoro ona została sama, skoro mężczyzna uznał, że ona jest nikim, że zawsze ktoś (a raczej któraś) może okazać się lepsza od niej. Spytałam ją: „dlaczego tak o sobie myślisz”, usłyszałam: „bo tak jest”. Ale nie takie było pytanie do cholery! Przesiedziałyśmy całą noc rycząc jak głupie. Nad sobą. Nad własnymi ograniczeniami, nad swoim upośledzeniem, nad przekonaniem, że „sama” znaczy „gorsza”. Nad tym, jak wielką krzywdę wyrządzamy sobie same. I sobie nawzajem.

Bo mówisz: „jestem feministką”, ale inną kobietę nazywasz kurą domową, kolejną starą panną, a spotkaną w sklepie idiotką, która wybiera z półki, to co każe jej mąż.

Ile razy zadzwoniłaś na policję widząc jak mężczyzna zaczepia na ulicy ciebie, czy inną kobietę. Ile razy wyszłaś, kiedy towarzystwo płakało ze śmiechu od szowinistycznych dowcipów.

Przeczytałam ostatnio fragmenty nowej książki Pauliny Młynarskiej. Przypomniał mi się ten, w którym opowiada, jak została potraktowana przez nowych kolegów w pracy. Nie przywołam w oryginale, ale na ich teksty w stylu „fajna dupa, laseczka i blondyneczka” odpowiedziała jak oni: „A wy kutasy, pokażcie co macie w spodniach”. Uśmiechacie się na myśl, jakie mieli miny? Zachowajcie się tak następnym razem, gdy ktoś będzie was w ten sposób obrażał – nie będziecie musiały sobie tych min wyobrażać.

Dlaczego nie ma w nas odwagi na walkę o naszą tożsamość? Dajemy sobie wpychać ręce w staniki, obłapywać się kolegom męża, chować się w szafie przed agresywnym partnerem. Znam takie kobiety – mądre, wykształcone, wchodzą z dziećmi do szafy, kiedy mąż wpada w szał. Myślisz: „biedna”? A może powinnaś: „Jak jej pomóc”?

Dlaczego niepostrzeżenie obciągamy niżej spódnicę, kiedy ktoś czyni nam niedwuznaczne propozycje, zamiast powiedzieć: chłopie nie podoba mi się to, co mówisz i robisz – pewnie większość by przeprosił, a na tych natarczywych zawsze można wezwać policję.

Dlatego tak się wkurzam. Bo po raz kolejny powielamy schemat poprzedniego pokolenia, kiedy to mężczyzna jest najmądrzejszy i on ma prawo głosu, a my powinniśmy siedzieć cicho, nawet w tak bardzo dotyczącej nas kwestii o dotykającej jak gwałt, przemoc, czy aborcja. Tak, jasne, niech oni wiedzą lepiej, co dla nas jest dobre. Dajmy im przyzwolenie. Najlepiej zamknijmy się w kuchni przygotowując coraz wymyślniejsze dania, bo one są miarą nasze nowoczesności i otwartości na świat.

I żeby była jasność. Lubię facetów, znam wielu świetnych. A to w jakim my kobiety jesteśmy miejscu, jak postrzegamy siebie i jak widzą nas mężczyźni jest zależne tylko i wyłącznie od nas.

Czytamy o tych wszystko rozstaniach, rozterkach, próbach przezwyciężenia kryzysów i pocieszamy się, że jednak można coś z tym zrobić, że ktoś ma tak samo, a może i gorzej niż my. Szukamy pewności w życiu innej kobiety, że można, że mamy siłę, że mamy moc, że jak tylko zechcemy, to możemy być szczęśliwe. Więc bądźmy. Żyjmy lepiej, bardziej świadomie, przestańmy się ukrywać za stosem słoików z pysznymi kiszonymi ogórkami. Gotujmy, kochajmy, sprzątajmy i wychowujmy dzieci, ale bądźmy też KOBIETAMI, które wiedzą czego chcą, które wspierają się w swoich dążeniach bez względu na to, jak różnimy się poglądami, skąd pochodzimy i jak definiujemy własne szczęście. Nie ma co się obrażać, wzruszać ramionami. No chyba, że chcesz, by twoja córka żyła twoim życiem. To twój wybór, który też zasługuje na szacunek, choć nie ma we mnie na niego zgody. Ale to mój punkt widzenia.


„Nie komplikuj, ciesz się, ufaj”. Czego mężczyzna może nauczyć o miłości kobietę

Listy do redakcji
Listy do redakcji
31 marca 2016
„Nie komplikuj, ciesz się, ufaj". Czego mężczyzna może nauczyć o miłości kobietę
Fot. Pexels / freestocks / CC0 Public Domain

Hej,

Kilka dni temu opowiadałeś o koleżance, która miała mieć czterdzieste urodziny. „Popłakała się, bo nie dostała urlopu. To najtrudniejszy dzień mojego życia, dlaczego mam go spędzać w pracy?” złościła się. Nie rozumiałeś tego. „Przecież to dzień jak każdy inny”. Zaśmiałam się. 

Nie rozumiesz też mojego lęku, tykającego zegara w  głowie, tego, że odgrzebuje stare listy, oglądam zdjęcia i mówię: „Zobacz, jaka byłam śliczna”.

„Wciąż jesteś. Do tego jesteś mądra, dojrzała i wrażliwa” odpowiadasz. Który to już rok wciąż mi to mówisz? Gdybym patrzyła na siebie tylko twoimi oczami, byłabym najlepsza. No dobra, prawie najlepsza.

Gdybym miała córkę (cholera, nie mam jej) powiedziałabym jej, że to dar mieć mądrego i dobrego faceta do życia. Zresztą przecież by to widziała na co dzień. Choć jestem feministką i pielęgnuję niezależność wiem, że lepiej pokonuje się to wszystko z kimś. Człowiek ma większą siłę, moc. Bardziej mu się chce. Czasem to właśnie druga osoba mówi: „Ty nie dasz rady?! To żart?!”. No wiesz, wtedy, gdy ty myślisz, że już nie możesz niczego mieć. Albo się boisz. Słyszałam o facetach, którzy podcinają partnerkom skrzydła. Ty zawsze mnie w końcu zbierasz i mówisz: „jesteś najlepsza”. Choć wiadomo, że nie jestem.

Dobra miłość jest mało teatralna i mało spektakularna. Przez 16 lat nigdy mnie nie zraniłeś, nie zawiodłeś. Nie płakałam przez ciebie, nie męczyłam się, nie miałam wątpliwości czy jesteś lojalny. A przecież w sumie dużo we mnie lęku.

Pamiętasz, gdy się poznaliśmy, miałam za bardzo pomalowane usta. I byłam za gruba. I na kacu byłam. To było 16 lat temu.

Pomyślałam (jednak ledwo przytomna): „On będzie moim mężem”.

Pomyślałeś: „Ona będzie moją żoną”.

Chociaż to nie był nasz mistrzowski dzień – to jednak zagrało. I to tak na całego.

Gdybym miała poradzić młodszej kobiecie: jeśli ma się coś zadziać, obiecuje, że się zadzieje. Weź wywal do śmieci słowa : „Zawsze trzeba wyglądać tak jakby się miało spotkać nową miłość albo starego wroga”. Gdy spotykasz właściwego faceta możesz wyglądać jak gorsza wersja Kopciuszka. Rany, może lepiej, żebyś tak wyglądała? Odsiejesz tych niewłaściwych. Możesz być za gruba, smutna, i źle ubrana. Rzeczy wartościowe dzieją się między ludźmi często poza fizycznością.

Niebawem kończę czterdzieści lat (to już mówiłam) – żadnego fajnego faceta w swoim życiu nie spotkałam w momencie, gdy wyglądałam jak milion dolarów.

Pamiętasz, to była pierwsza randka, spędziliśmy ze sobą noc, a wcześniej, na balkonie, mi się oświadczyłeś. Na pierwszej randce. Mogłoby to być, oczywiście, narcystyczne i na chwilę, a proszę ile trwa?

Nie grałam niedostępnej, byłam sobą, nawet pocałowałam cię pierwsza i powiedziałam: „zostań na noc”. Ten seks, nie oszukujmy się, był bardziej niż średni. Więc za jednym zamachem obaliliśmy dwa mity. 1. Ona nie powinna iść do łóżka na pierwszej randce (jak chce niech idzie nawet po minucie), 2. Jeśli nie jest im dobrze od razu, nigdy nie będzie (o rany, śmieszne co?).

Nie było między nami gierek. Nie było oczekiwań. A ty już wtedy potrafiłeś wstać o siódmej rano, po całej nocy imprezy, żeby kupić świeże bułki na śniadanie. Takie jak lubiłam. Więc ja potem robiłam ci obiad, bo zawsze czułam, że w relacji musi być po równo. Bierzesz, pewnie, ale też dajesz.

Nie było w tym nigdy żadnej sztuczności i żadnego kompromisu na siłę. Po prostu od początku uznaliśmy, że jesteśmy jacy jesteśmy. Powiedziałeś kiedy: bez tego nie ma miłości. I miałeś rację. Ludzie tak się zmieniają na siłę, a potem są nieszczęśliwi.

W ostatnią Wielkanoc oglądałam nasze zdjęcia. Były w albumie twojej siostry, moja pierwsza wizyta u was, ta 16 lat temu. Prawie się nie zmieniliśmy. Prawie, bo nie mam tak gładkiej twarzy, bo mamy dziecko, bo już wiem, że prawdą jest co powiedziałeś kiedyś u ciebie, przed domem. „Będę przy tobie, niezależnie od tego co się stanie”.

A tyle przeżyliśmy. Śmierć naszych bliskich, choroby, twoją utratę pracy, moją utratę pracy, odejścia ludzi, których nazywaliśmy przyjaciółmi. Ej, którzy byli przyjaciółmi na pewnych etapach życia. Starania o dziecko, stratę naszej córeczki, pojawienie się naszego syna, dla którego jesteś najfajniejszym tatą. I z którym najfajniej na świecie gramy w farmera czy monopoly.

Dużo rozmawiamy ostatnio o kryzysach w związkach naszych przyjaciół i nie( przyjaciół).

Szokują cię powody rozstań. Jego depresja, jej depresja, zauroczenia, zdrady, nieobecność, krzywdy. Kiedyś wściekałam się, że twój świat jest zasadniczy, dziś jestem ci za niego wdzięczna. Bo to dzięki tobie, nie dzięki mnie, wciąż jesteśmy razem.

Zbliżam się do czterdziestki. Przeżyłam najfajniejsze lata dzięki tobie, wierzę, że przeżyję ich jeszcze wiele. Nie każesz porównywać mi się z młodszymi, nigdy nie oceniasz, wciąż tylko słyszę to: dasz radę. Czasem nawet mnie to wścieka.

Gdyby nasza córka jednak się urodziła, powiedziałabym, żeby nie wybierała partnera na życie spektakularnie. Że to wcale nie musi być ten co najwięcej mówi, najwięcej obiecuje i jest we wszystkim taki teatralny. Że nawet lepiej, żeby to nie był ten.

Zbagatelizowałabym ten obłęd seksualny (no dobra, wiem, że ma znaczenie, ale on mówi tylko o pożądaniu), bo boski jest też obłęd seksualny wynikający z więzi. Niemożliwy? Ciekawe:)

  Czy są ludzie, którzy naprawdę nie wierzą w szczęśliwe małżeństwa, które po 16 latach uciekają do łazienki, bo czują taaaakie pożądanie?

Spoko, obiecuję, czterdziestolatkowie też uprawiają seks w toalecie, samochodzie i piszą do siebie erotyczne SMS–y, wyznają sobie miłość i mówią te wszystkie głupoty, że na zawsze i tylko oni. A do tego kochają wspólne dzieci (wspólne dziecko).

Ble, ble, nuda wiem.

– Wiem dlaczego nam się udaje – mówisz czasem.

– Dlaczego? – pytam.

– Bo my sobie wszystko wybaczamy.

Brak zrozumienia sobie wybaczamy, inność, błędy, oddalenia, niedocenienia, niedociągnięcia, zaniedbania.  Wybaczamy sobie wszystko, co mogliby sobie wybaczać ludzie w każdej relacji, a czasem po prostu nie chcą i wolą pójść dalej.

Nie ma innej recepty– powtarzasz często.

Nie ma– już dodaję.

Kiedyś myślałam, że to kobieta jest lepszym rodzicem, lepszą przyjaciółką, partnerem. Bardziej ogarnia dom. Bardziej. Cała jest bardziej. Tego nas uczą, prawda? Fajnie, że ty nauczyłeś mnie czegoś innego.

Żona 40- letnia


Konrad Kruczkowski z Halo Ziemia: Mam alergię na deklaracje, które składają mężczyźni. Złapałem bakcyla na bycie ojcem

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
31 marca 2016
Konrad Kruczkowski | Halo Ziemia
Fot. Agnieszka Wanat

– Bycie dobrym ojcem nie odbiera kobietom prawa do bycia dobrą mamą. Wręcz przeciwnie, myślę, że to jak dobrym jest się tatą, zależy od tego, jak dobrą mamą jest partnerka. I na odwrót. – mówi Konrad Kruczkowski, autor bloga „Halo Ziemia”.  Konrad pracuje nad nowym projektem „Halo Tato” i to skłoniło nas do rozmowy nad ojcostwem. Męski punkt widzenia – chwilami wcale nie taki oczywisty.

Ewa Raczyńska: W opisie twojego bloga piszesz, że bycie tatą stwarza ciebie na nowo…

Konrad Kruczkowski: Musiałem tak napisać bardzo dawno…  To nadal aktualne. Pojawienie się dziecka, zarówno w życiu mężczyzny jak i w życiu kobiety, jest szansą na zmianę w nich samych. Możną tę szansę wykorzystać, można ją też zaprzepaścić.

Swoją wykorzystałeś?

Wiesz co, moje życie do momentu, kiedy urodziła się Lila – moja córka, było w dużej mierze skoncentrowane na pracy zawodowej, a tak naprawdę na mnie samym – na tym, żebym osiągał swoje sukcesy. Praca zawodowa była tym elementem mojego życia, który mnie określał. Kiedy dowiedziałem się, że moja córka pojawi się za kilka miesięcy na świecie, pomyślałem: chcę być dobrym ojcem.

I to był pierwszy krok. Wyjście poza siebie, koniec z tym narcystycznym skupieniem uwagi na sobie. A naprawdę bardzo dużo pracowałem. Jednak rolę ojca od początku rozumiałem nie tyle w kontekście posiadania dziecka, co bycia częścią tego ekosystemu, który tworzymy w domu.

Jednak kobiety, jeszcze na długo przed porodem, mają często pretensje, że „on się w ogóle tym dzieckiem nie interesuje”.

Mogę opowiadać, jak to było w naszym przypadku – inicjatorką wielu aktywności była moja żona. To ona przeprowadziła nas przez cały okres ciąży. Zaciągnęła mnie do szkoły rodzenia, którą uważałem za niepotrzebną, a to właśnie tam złapałem bakcyla na bycie tatą. Czytałem podsuwane przez nią książki o rozwoju i wychowaniu dzieci. To był ten świat, który wchłaniałem, bo wciąż mam tak, że bardziej wierzę temu, co czytam, niż temu co słyszę. Brak skupienia się na sobie, ale myślenie i troska o kogoś innego – nowego człowieka, było dla mnie czymś nowym, wniosło do mojego życia zupełnie inną jakość. Dzisiaj nadal dużo pracuję, ale mam w sobie taki radar, który mnie ściąga na ziemię, jeśli balans między życiem rodzinnym a zawodowym, ale też troską o samego siebie, zostaje zachwiany.

Tak świadome podejście do ojcostwa to chyba nadal rzadkość.

Zawsze nosiłem w sobie przekonanie, że trzeba dbać o tych, którzy nie potrafią o siebie zadbać sami, a dziecko jest przecież kimś takim. Dodatkowo wiedza, którą teraz mam, daje mi świadomość, że okres pierwszych trzech lat jest niezwykle ważny, w bardzo dużym stopniu determinuje to, kim jesteśmy później. To wtedy budujemy poczucie naszej własnej wartości, wrażliwość, kształtuje się nasz sposób patrzenia na świat.

Nie chciałbym zawieść mojej córki na tym odcinku. Ja wiem, że nie ma idealnych rodziców, że wystarczy być wystarczająco dobrym rodzicem, ale to wciąż nie jest łatwe. Bardzo bym chciał, by moja córka, kiedy będzie dorosłą i dojrzałą kobietą, kiedy nie będę jej już tak potrzebny, jak jestem potrzebny teraz, powiedziała: „Dzisiaj radzę sobie w życiu, potrafię sprostać życiowym zakrętom, nie obijam się o nie aż tak boleśnie, bo na początku mojej drogi rodzice byli przy mnie”.

Pięknie…

Oczywiście, ja tak ładnie mówię, a realia bywają różne. Wciąż są wieczory – i nie jest ich mało – gdy nie ma mnie w domu. Jakkolwiek, punkt ciężkości między pracą a rodziną zdecydowanie się zmienił.

Może też dlatego mam alergię na deklaracje, które składają mężczyźni. Nie chce generalizować, ale obserwuję, że często za obietnicami nie idzie działanie, rzeczywiste zachowanie. Żyjemy w świecie kreacji, wrzucamy do Internetu upiększoną rzeczywistość, ludzie piszą o sobie tylko dobrze.

Pojawienie się dziecka przyniosło mi refleksję: „Nie mogę już udawać”. Dotarło do mnie, że powiedzenie córce „kocham cię”, któremu nie towarzyszy konkret, bo na przykład wieczorami nie ma mnie w domu, będzie miało wpływ na to, jak ona będzie postrzegać świat w dorosłym życiu. A nie chcę, by nie ufała ludziom, którzy będą jej mówić „kocham cię” dlatego, że za tą ważną deklaracją nigdy w jej życiu nic wartościowego i ważnego się nie kryło, z wyjątkiem samych słów.

Tak jest, że dla dzieci nie jest ważne, co mówimy, tylko co robimy.

Tak. I zgadzam się z teorią, że na bycie rodzicem głęboki wpływ mają nasze relacje z rodzicami. Tak z pewnością jest w moim przypadku. Moje relacje z ojcem nie były złe, ale miały bardzo dużo deficytów, co też wpływało na moje stosunki z innymi ludźmi. Pamiętam setki deklaracji mojego taty, za którymi nie krył się konkret, obietnica wyjazdu, która nigdy nie została zrealizowana. Dzisiaj bogatszy o doświadczenia własne i te wyniesione z terapii, mam większą wrażliwość na to co robić, a czego robić nie chcę.

Ważne poza tym jest także to, jak bardzo kształtują nas relacje naszych rodziców. I widzę dużą dziurę, kiedy mówimy o rodzicielstwie, bo rozmawiamy, jak być dobrym tatą, jak być dobrą mamą, ale rzadko pojawia się głos – jak być dobrym partnerem, żeby być dobrym rodzicem.  Tu jest duża luka.

Do wielu mężczyzn ojcostwo przychodzi jednak dopiero po porodzie.

Nie chcę wchodzić w rolę bohatera. Do mnie przyszło w momencie, kiedy usłyszałem, że moja żona jest w ciąży. Staraliśmy się o dziecko rok, a przez cały ten czas było we mnie dużo wątpliwości i obaw. Egoizm: będę musiał z wielu rzeczy zrezygnować, kiedy pojawi się dziecko.

Jednak od razu po informacji „jestem w ciąży” uznałem, że moja córka jest. I to na płaszczyźnie intelektu i, nawet bardziej, emocji. To pewnie wynik moich przekonań religijnych, faktu, iż uważam, że mamy do czynienia z człowiekiem już od chwili poczęcia.

Efekt tych przekonań to świadomość, że tam już jest moje dziecko. To ma swoją bardzo praktyczną stronę: to ważne, żeby do dziecka mówić, głaskać brzuch, na wszelki możliwy sposób zaznaczać swoją obecność. Rozumiałem też, że dla kobiety ciąża to trudny czas, że ma problem z akceptacją swojego ciała, zmian w organizmie.  Miałem takie poczucie, że muszę stanąć na wysokości zadania. I myślę, że to akurat udało się całkiem nieźle, choć moja żona ocenia mnie surowo  wystawiła trzy plus. Ja sobie przyznaję czwórkę z plusem.

Ale nie wszyscy mężczyźni mają takie podejście. Co więcej o takim podejściu to my kobiety najczęściej tylko marzymy.

Myślę, że wynika to głównie stąd, że mężczyźni mają problem z kontaktem z samym sobą. Cały czas chcemy, żeby określały nas rzeczy zewnętrzne: samochód, praca, awans zawodowy, albo kobieta, jakby związek był kwestia posiadania. Pamiętam, jaką ogromną radość zanim pojawiła się córka, a teraz pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, sprawił mi podpis w stopce w mailu. Ten wpisany tam „dyrektor” to było coś, co mnie określało. I myślę, choć mężczyznom trudno się do tego przyznać, że my to w sobie mamy. Czasem to jest stopka w mailu, czasem samochód, albo mieszkanie. Mężczyźni chcą imponować, ale stracili zdolność podejmowania wyzwań: dobrze czują się w sytuacjach, w których nie ma ryzyka. Są na meczu z kolegami – te realia znają. Są w pracy i ścigają się awans – tę rzeczywistość także jest im znana. Nic nowego, zupełne bezpieczeństwo.

A z rodzinami jest różnie. Już pojawienie się dziecka, to nowy świat. Nie wiemy, jak się zachować, co zrobić, nie rozumiemy, co dziecko chce powiedzieć, kiedy płacze. Kobiecie przychodzi to łatwiej, bo ona z noworodkiem jest, spędza więcej z nim czasu. To mężczyźni w tej sytuacji muszą podjąć pewne wyzwanie i zrezygnować z tego, co jest im znane. W szpitalu widziałem dumnych ojców, którzy – kiedy przyszło im wykąpać dziecko – cofali się w rozwoju do lat szkolnych, a przynajmniej tak to wyglądało.

I tu jest problem: brak kontaktu ze sobą, z własnymi emocjami. Za swoje dalekie od ideału ojcostwo obarczamy winą relacje z własnymi ojcami. Ale to jeden element. Drugi jest taki, że wciąż tkwimy w kulcie twardej i szorstkiej męskości, a to jest szkodliwe. I niewiele ma wspólnego z realna męskością, bo ta ostatnia to przede wszystkim zdolność do odpowiedzialności. I po trzecie – nie ma społecznego uznania dla naprawdę zaangażowanych rodziców. Wykorzystanie urlopu tacierzyńskiego uznawane jest za anomalię.

Wszystkie te elementy sprawiają, że traci i dziecko i mężczyzna. Bo dla mnie to był super czas, kiedy po narodzinach córki nie chodziłem do pracy i mogłem być blisko niej. Poza tym myślę, że będzie jej zwyczajnie miło, gdy będę mógł opowiedzieć, że nosiłem ją w nocy na rękach, włączałem okap, czy suszarkę, żeby ona poradziła sobie z kolkami, a rano nieprzytomny jechałem do pracy, że chciało mi się robić te wszystkie rzeczy.

I faktycznie z wielu rzeczy musiałeś zrezygnować zostając tatą?

Nie wierzę tym, którzy mówią, że pojawienie się dziecka w życiu nic nie zmienia. Obserwuję to zwłaszcza wśród kobiet, które chcą wierzyć w normalne życie po dziecku. To życie jest normalne, ale jest inne. Bycie rodzicem wymaga czasu, co ma swoją cenę w innych obszarach. Jest inaczej, co nie znaczy, że gorzej czy lepiej. I nie zgadzam się z teorią, że ze zbyt wielu rzeczy rezygnujemy, gdy pojawia się dziecko. To jest taki czas, kiedy z pewnych rzeczy rezygnujemy, owszem, ale to nie jest rezygnacja permanentna. Dzieci rosną.

Poza tym rezygnacja z pewnych aktywności, to zysk w innych obszarach. Nie ma pustki, ona zapełnia się innymi rzeczami, po które świadome rodzicielstwo pozwala sięgnąć. Taką wielką umiejętnością, którą daje mi moja córka, to jest bycie tu i teraz i fakt, że nie da się inaczej. Bo jeśli ja układam z nią puzzle i sięgnę po telefon, to słyszę: „Tata odłóż telefon”, co mnie zresztą bardzo zawstydza. Ale nie sięgam, poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami, po telefon, kiedy jestem z przyjaciółmi.

Tę umiejętność „bycia tu i teraz” przekładam na swoją pracę zawodową. Kiedy zacząłem pracę nad „Halo Tato” mieliśmy serię organizacyjnych kryzysów i przy swojej niskiej odporności na stres, pewnie wcześniej, przed dzieckiem, bym tego nie skończył. Natomiast dziecko nauczyło mnie, że robi się jedną rzecz naraz, trzeba ją domknąć i iść dalej. I wtedy to działa.

Poza tym nauczyłem się odpoczywać, bo odpoczywam przy mojej córce, zwłaszcza, kiedy spędzam z nią cały dzień – bawimy się, robimy kisiel, budujemy obóz, puszczamy bańki mydlane, albo karmimy pluszaki.  Gdyby jej nie było, traciłbym czas na gry komputerowe, albo obejrzał reportaż wojenny, który bolałby mnie przez kilka kolejnych dni.

Konrad Kruczkowski | Halo Ziemia

Fot. Agnieszka Wanat

Mówisz, że nie ma przyzwolenia społecznego na bycie zaangażowanym ojcem. Ty jednak o takim mówisz i piszesz. Po co?

Wiesz, ładnie piszę o ojcostwie, ale moja historia nie jest wyjątkowa. Znam wielu mężczyzn, którzy są takimi samymi ojcami jak ja, albo lepszymi. Przyjęło się jednak, że takich mężczyzn stawia się na piedestale. I mam taki problem, bo myślę sobie, że cholera bycie dobrym tatą to nie jest coś, co powinno być nagradzane – powinno być czymś normalnym. Z drugiej strony może to jest potrzebne, by w skostniałym społeczeństwie, które myśli o ojcostwie w taki a nie inny sposób, zrobić pewną wyrwę – czyli najpierw postawmy tych mężczyzn na piedestale, a potem stwierdzimy, że to jest normalne. Może to tak się dzieje.

Widzę, że my zbieramy bardzo zły plon tego, że naszych ojców nie było. Najpierw zabrała ich rewolucja przemysłowa, później wojna, później komunizm, który rozbijał rodzinę.

A teraz kapitalizm

Zwłaszcza obecna forma kapitalizmu. Kiedyś ojców zabierały fabryki, teraz zabierają ich korporacje, co gorsze – matki również. I tu dzieje się pewien dramat, bo zbieramy tego żniwo, bo ta społeczna frustracja, skala depresji, to odzwierciedlenie tego, co dzieje się w rodzinie. Że już nie umiemy ze sobą rozmawiać, usiąść wspólnie przy stole, cały czas biegniemy za świętym Graalem pracy. A człowiek zaczyna się w rodzinie.

Pod projektem „Halo Tato” przeczytałam komentarz: „dobrze, że jest coraz więcej ojców mówiących o problemie współczesnego ojcostwa”. Bycie tatą stało się modne?

Powstaje coraz więcej blogów prowadzonych przez ojców, coraz więcej mówimy i ojcostwie. Mam jednak takie poczucie, że w większości przypadków to są ładne deklaracje. Mężczyźni wrzucają zdjęcie na Facebooka czy Instagram ze swoimi dziećmi, ale kiedy pytam, czy wziąłeś urlop ojcowski, są zaskoczeni, bo nie brali. A później pytam, ile czasu spędzasz ze swoim dzieckiem, ale nie w weekend, bo my nie mamy problemu z ojcami weekendowymi, to okazuje się,  że wcale nie jest tak dobrze, jak byśmy chcieli to pokazać. Naprawdę bardzo łatwo jest wrzucić na Instagram zdjęcie, jak bawię się z dzieckiem, ale bawić się z nim codziennie przez trzy godziny, to już nie jest takie proste. Dla mnie nie jest.

Ale mężczyźni usprawiedliwiają się: „To kobiety nie pozwalają nam być ojcami, ograniczają nam tę rolę”.

To znowu jest problem relacji. Bywa, że dla kobiety – nie chcę generalizować – bycie mamą to znaczy: pamiętać o terminach szczepień, o datach, o alergiach i zajęciach dodatkowych. I bywa, że ona na tych wszystkich rzeczach buduje swoje poczucie wartości i swoją władzę w domu. I wcale się temu nie dziwię. Kobieta zachodząc w ciążę musi na jakiś czas zrezygnować z aktywności zawodowej, trudniej jej jest wrócić do pracy, jej ciało się zmienia, karmi piersią, czuje się nieatrakcyjna seksualnie i w tym momencie jedyne co ma – to dziecko, które jest wyczekane, ukochane, o którym wie wszystko. I nagle przychodzi facet i mówi: hola, ja mam pracę, ja nieźle wyglądam, bo twoja ciąża nie wpłynęła na moje ciało, ja utrzymuję tę rodzinę i teraz jeszcze wepchnę ci się na terytorium macierzyństwa. I ona czuje się zagrożona. Ta wizja, którą przedstawiłem to dla mnie karykatura związku, którą niestety często obserwujemy. Ale, my mężczyźni, nie chcemy odbierać kobietom prawa do bycia dobrą matką.

Po co projekt „Halo Tato”, chcesz jeszcze coś udowadniać w temacie ojcostwa?

Właśnie nie, nic nie chcę udowadniać, dlatego „Halo Tato” to reportaże, ta forma pozwala mi zostawić przedstawiony fragment rzeczywistości bez komentarza.

Chcę pokazać ojców zaangażowanych, którzy mówią: ojcostwo to mój wybór, chcę być dobrym tatą i w tym ojcostwie przełamują swoje słabości – jak niepełnosprawność lub mierzę się z trudnymi sytuacjami – i o tym będzie drugi reportaż – choroba dziecka.

Chcę zostawić czytelników z tą historią. Skłonić do pewnej refleksji. Pozwalam też siebie zaskoczyć, zmierzyć się ze stereotypami, które w sobie noszę. Jak choćby ten, czy bycie niepełnosprawnym tatą to jednak nie przejaw egoizmu. I to jest fajne, że ja też się czegoś uczę o świecie. Zostawiam czytelnika z wątpliwościami. Mam świadomość, że felieton nie zrobiłyby takiego wrażenia.

Miałem taki moment w rozmowie z Dominikiem – bohaterem pierwszego reportażu, który, kiedy urodziły się dzieci, z wielu rzeczy zrezygnował, w tym ze swoich pasji. Teraz wozi dzieci do szkoły, usypia je i pomyślałem: „Cholera facet na wózku, któremu zwykłe czynności zajmują więcej czasu niż mi, potrafi tak zarządzać swoim czasem, że ma czas dla dzieci, na sport, na pracę…” Czyli można. Jeśli inny mężczyźni pomyśleli podobnie i zrozumieli, że ten balans pomiędzy swoimi potrzebami, pracą a rodziną zależy ode mnie, a nie od okoliczności – to świetnie. Ale ta myśl przyszła już po reportażu.

Nie wiem, czy pytać jeszcze, co według ciebie znaczy być wystarczająco dobrym ojcem.

Bo ja nie mam takiej definicji. Można by pójść w banały, że dobry ojciec to ojciec obecny. O wiem! Jest jedna rzecz, która chciałbym, żeby wybrzmiała: dobre ojcostwo zaczyna się w związku, nie w relacji ojciec dziecko, tylko w relacji ojciec matka. I broń Boże, nie twierdzę przy tym, że ojciec samotny, to ojciec gorszy. Często lepszy. Ale obserwuję swoją córkę. Ona wtedy jest szczęśliwa, kiedy ma nas oboje, a między nami jest dobrze.


ksiazka_okladka_1000px

 


Zobacz także

Fot. iStock/wundervisuals

Nie bądź taka piękna… jak już trzeba wybierać, to o wiele lepiej być całkiem przeciętną i mądrą

Fot. iStock/BraunS

Ciemna strona empatii. Magiczna umiejętność ulepszania świata czy przekleństwo?

Fot. iStock/lolostock

Przecież nie pracujesz, tylko „siedzisz” w domu… Kim naprawdę więc jesteś?