Nauczy szyć każdego. Bo szycie to jej pasja, a „Co za szycie” to źródło jej ogromnej wiedzy o modzie i projektowaniu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 stycznia 2016
Fot. Screen z YouTube /
Fot. Screen z YouTube / COza szycie

Ubieraj się tak jak czujesz! Bądź sobą! i Zrób to Sama!” Tak brzmi jej motto. Ruda, czyli Anna Maksymiuk-Szymańska ma pasję i potrafi nią zarażać innych jak mało kto. Pewnego dnia postanowiła sobie po prostu, że nauczy się szyć i… poszła do szkoły. Dziś jej tutoriale na kanale YouTube ogląda kilkadziesiąt tysięcy osób. Zapraszamy Was na spotkanie z autorką vloga i książki „Co za szycie”. Może i w waszym domu jest gdzieś, głęboko schowana, odziedziczona po babci czy mamie maszyna do szycia…

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Ania, o co chodzi z tym szyciem?! Nie łatwiej pójść i wybrać sobie coś w sklepie?

No właśnie nie. Bo jak pójdziemy do sieciówki to nagle okazuje się, że ciuchy są niewymiarowe. Za duże, za małe, za krótkie albo za długie. Każdy z nas jest inny, a sieciówki szyją według schematów i ciężko jest dopasować ubranie do swojej sylwetki, żeby fajnie leżało. Niskie osoby maja wieczny problem z za długimi rzeczami, wysokie z za krótkimi itd. Poza tym bardzo często jest też tak, że mamy w głowie jakąś wizję ubrania, a nie możemy go znaleźć w sklepie. 

I to właśnie było tym impulsem? Takie wkurzenie, że nie możesz znaleźć tego, co sobie wymarzyłaś?

Raczej nie wkurzenie, a właśnie ta wizja. Ja zawsze byłam kolorową osobą, która wiedziała jak chce wyglądać. Moda to moje drugie imię, więc chciałam nauczyć się szyć, żeby tworzyć sobie oryginalne, fajne, których nikt nie będzie miał – ubrania, i to było motywatorem, bo zakupy w sklepach nadal robię, jak na zakupoholiczkę przystało.

Fajne to szycie, ok. To dlaczego niektórzy podchodzą do niego jak pies do jeża? Że takie babcine, że się nie chce? Że za dużo roboty? Dlaczego NIE szyjemy?

Nie spotkałam się z czymś takim.
Serio?
Tak. Raczej pojawiają się na początku obawy czy dam radę itd., ale ja własnie pokazuje ze można stworzyć coś fajnego, nie babcinego i samemu.
A co Ci  to daje, poza tym, że realizujesz dokładnie swoje wizje?

To jest jak sport :) Jedni pływają, drudzy biegają, ćwiczą itd., ja swój wolny czas spędzam szyjąc. Wtedy zapominam o całym świecie, o problemach, relaksuję się. Czasami szycie mnie wkurza, irytuje, denerwuje, zwłaszcza jak coś się nie udaje (są takie dni, że wszystko idzie źle), ale to też ma swój urok i lubię to :D.

Jesteś samoukiem? 

 Nie. Ja jestem z tej szkoły ludzi, co zanim coś zrobią najpierw pójdą się tego nauczyć. Ze mną też tak było, ja muszę mieć bata nad sobą, żeby coś zrobić, więc poszłam do szkoły projektowania, bo wiedziałam, że jak będę musiała to wytrwam. Nie sądziłam, że tak szybko się w to wkręcę. Szkołę skończyłam, ale szycie dalej kształcę, bo w tym nigdy nie można być pewnym na 100%.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

To szycie, to taki powrót do korzeni. Wyciągamy stare maszyny, takie po mamie czy po babci… U Ciebie w rodzinie też są jakieś tradycje związane z projektowaniem albo szyciem?

U mnie tak nie było. Ja sama chciałam się po prostu nauczyć szyć i tyle. Ale później okazało się, że moja ciocia jest krawcową z wykształcenia, babcia umie szyć, mama też coś tam zrobi, a tato kiedyś prowadził szwalnię techniczną, jeszcze jak mnie nie było. Ale nigdy to szycie nie było jakimś rodzinnym biznesem raczej potrzebą czasów. Natomiast wiele moich widzek ma takie historie i wynajdują na strychu maszyny i zaczynają szyć ze mną.

A szyjemy rodzinnie? „Międzypokoleniowo”?

Raczej nie. Wiele osób mi mówi, że ich mamy i babcie szyją i to jako zawodowe krawcowe, ale nie mają siły, żeby je nauczyć. Podejście i brak dystansu ich gubi. Nie mają tyle cierpliwości, żeby wytłumaczyć pewne rzeczy w prosty sposób.

Sama masz dziecko:) Jak organizujesz swój czas?

Jak każda mama. My doskonale wiemy, że jak nie my to nikt za nas tego nie zrobi. Moją regułą są listy to do. Ja mam zawsze każdy dzień zaplanowany i wypisaną listę rzeczy, które danego dnia muszę zrobić chociażby nie wiem co. Fakt, że pracuję dużo, średnio 20 godzin na dobę, ale ja to lubię. Jednak bez listy by się nie obeszło, bo jak mam za dużo wolnego czasu to się tak snuje i snuję i nagle okazuje się, że już jest wieczór i nic nie jest zrobione, a jak realizuje wszystkie punkty z listy to idzie szybciej i łatwiej. Np. na dzisiaj mam zaplanowanych jeszcze tylko 15 rzeczy do zrobienia.

Doskonale to rozumiem. Ale podziwiam  samodyscyplinę… Aniu, na blogu piszesz o idei DIY – realizujesz jeszcze jakieś inne projekty pod tym szyldem?

Dla mnie DIY i szycie w tej chwili jest bardziej pasją. Sama jestem z wykształcenia też dziennikarką, PR-owcem i projektantką ubioru i w tym się realizuję. Prowadzę agencję PR, rozwijam swoją markę odzieżową, pracuję jako dziennikarka i spełniam się jako prowadząca tv :)

Kim jest Ruda Pogodynka?:) To twoje alter ego?

To jest taki mój szalony projekt – spełnienie marzeń. Jak byłam mała zawsze chciałam pracować jako pogodynka albo odpowiadać na listy do redakcji, no i jako, że jakieś parcie na szkło mam, bo to co robię skądś się bierze, więc postanowiłam to marzenie zrealizować i sobie zrobiła własny program z pogodą :)

Wydałaś książkę „Co za szycie” (bajeczny tytuł) to poradnik? Możesz troszkę o nim opowiedzieć? 

Książka „Co za Szycie” ma taką samą nazwę jak mój vlog i jest poradnikiem szyciowym dla początkujących. Chciałam stworzyć taką książkę, która będzie idealna dla amatorów na samym początku drogi z szyciem. Ja na swoim vlogu pokazuje, że nie trzeba kończyć kursów, szkół i być wykwalifikowanym konstruktorem odzieży, żeby coś uszyć w domu. Od początku chodziło mi o pokazanie, że każdy potrafi jeśli zechce, że można coś stworzyć samemu dla dziecka, dla siebie.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Udało Ci się zmotywować mnóstwo dziewczyn!

Wiele moich widzek zakochało się w szyciu dzięki moim filmom i poszły kształcić się dalej, a teraz mają nawet swoje marki odzieżowe. Wracając do książki, to muszę powiedzieć, że nie ma na rynku polskim nowych książek o szyciu, napisanych w tak przystępny sposób. W mojej znajdziesz wszystkie potrzebne rzeczy na starcie. Jaką maszynę do szycia wybrać, jakie akcesoria, co jak się nazywa i do czego służy, jakie stopki, materiały, gdzie szukać, inspiracje i najważniejsze – wykroje. Ale nie są to gotowce tylko w klarowny sposób jest wytłumaczone jak zrobić wykrój na własne wymiary. Do książki dołączona jest płyta DVD z filmami, na których pokazuję krok po kroku jak zrobić dany wykrój i jak później go wykorzystać w szyciu. To tak w skrócie :).

I jaki masz teraz odzew wśród czytelniczek?

Nie sądziłam, że odzew będzie tak dobry i tak duży. Sprzedało się już ponad 9 tysięcy książek, jest szaleństwo, widzki i czytelniczki piszą mi tak cudowne rzeczy, że za każdym razem jak to czytam to ryczę ze wzruszenia. Pytań jest mnóstwo, czasami potrafię siedzieć kilka godzin i odpisywać na maile i wiadomości. Pytają o to jak uszyć, jaki materiał wybrać itd, ale też coraz częściej okazuje się, że pomogłam im zmienić życie, dałam nadzieję, pasję. Są osoby, które szyły zawodowo i znienawidziły szycie,a dzięki mnie na nowo wróciły do zwodu i pokochały szycie znów. Więc zaczyna to przypominać terapię grupową :) Cudowne uczucie, którego nie da się opisać:)

 Aniu, co dalej? Jaki następny krok? W którym kierunku chcesz rozwijać – siebie i firmę?

 Tak, to jest plan na ten rok. Pisze drugą książkę, chcę zainwestować w samorozwój, w doskonalenie, chcę nauczyć się robić buty, bo to jest mój konik. Kocham buty, mam ponad 200 par, jestem butoholiczką, przyznaję się do tego i dobrze mi z tym i postanowiłam, że się nauczę je robić :) Chcę rozwijać dalej swoją markę em em szop, której w zeszłym roku poświęciłam mniej czasu, chcę podróżować więcej w tym roku, synek jest już starszy, więc możemy sobie pozwolić na więcej. W tym roku chcę spełniać swoje marzenia i realizować projekty, których w głowie siedzi co nie miara:) Ale tych jeszcze nie zdradzam :)

Więc życzę Ci energii i siły, żeby udało się te plany zrealizować!

Dziękuję!

 

Fot. Archiwum prywatne autorki ksiązki

Fot. Archiwum prywatne autorki książki

Anna Maksymiuk-Szymańska — absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i Wrocławskim,
z wykształcenia dziennikarka, projektantka, specjalistka ds. PR. Swoją przygodę z modą rozpoczęła
ponad 10 lat temu. W tym czasie stworzyła pierwszą modową telewizję internetową Babskie TV, agencję
marketingowo-PR ową Babski PR oraz pierwszy w Polsce vlog o szyciu, Cozaszycie. Wydała przewodnik „Co za szycie!”. Obecnie rozwija swoją
markę odzieżową em em szop, szyje, nagrywa i realizuje swoje pasje. Jest mamą dwuletniego Tymka.

YT – https://www.youtube.com/user/cozaszycie
FB – https://www.facebook.com/cozaszycie.vlog


„Chciałam komuś zrobić dobrze, a tymczasem to ja dzisiaj dostaję tyle, że trudno to sobie wyobrazić”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 stycznia 2016
Fot. iStock/Milenko Bokan
Fot. iStock/Milenko Bokan

– Myślałam o chłopcu w wieku mojego syna. Żeby miał się z kim bawić i z kim zaprzyjaźnić się. Chciałam też, by zobaczył, że nie wszystkie dzieci mają takie życie jak on. Żeby nauczył się pokory.

Beata, mama 9-letniego Maksa. Zawsze była społecznikiem. Może dlatego, że wychowana została w dysfunkcyjnym domu. Jej tata zmarł, gdy miała 14. lat, a mama przez ponad 30. chorowała na stwardnienie rozsiane. Ostatnie lata cierpiała na wodogłowie. Beata zajmując się chorą mamą dorosła znacznie szybciej niż jej rówieśnicy.

– Wydaje nam się, że jedyną formą współpracy z domem dziecka, oprócz sponsoringu, jest adopcja albo stworzenie rodziny zastępczej. Dowiedziałam się jednak, że istnieje coś takiego jak Rodzina Zaprzyjaźniona z Domem Dziecka. Mało kto wie, że coś takiego funkcjonuje.

To był listopad. Beata dowiedziała się, że do domów dziecka często ludzie dzwonią przed świętami spytać, czy jakieś dzieci można wziąć do siebie. Jednak dyrektorzy placówek rzadko zgadzają się na taką praktykę. Rodzina zaprzyjaźniona z domem dziecka otwiera możliwość zajęcia się jednym z dzieci. Zabrania do domu co jakiś czas, też na święta.

– Ja wiem, że może podeszłam do tego mało pedagogicznie, ale z uczciwością i szczerością. Nie interesowała mnie 4-letnia dziewczynka, bo ani nie mam ciuszków, ani zabawek i nie odróżniam Monster High o Elzy. Znowu dla starszego chłopca towarzystwo mojego syna byłoby mało atrakcyjne.

Ktoś mógłby powiedzieć: jakie to samolubne, wziąć dziecko, żeby było towarzystwem dla własnego. Różnica polega na tym, że Beata takim dzieckiem się zaopiekowała, a ten co tak myśli pewnie nawet tyłka nie ruszył z kanapy, by pomóc.

– Mój syn jest jedynakiem, ma to co większość dzisiejszych rzeczy:  gry, własny pokój, do szkoły wozi się go samochodem. Chciałam mu pokazać, że jest inny, niestety gorszy świat, żeby zobaczył, że nie zawsze jest łatwi, bo to prawdziwe życie kiedyś też go spotka. I myślałam, że może nie wyrośnie na egoistę, że będzie miał kolegę do zabawy, a kto wie – może przyjaciela na długie lata.

Można by było gdybać, bo przecież chłopcy mogli być zupełnie różni i nigdy nie udałoby im się dogadać. W domu dziecka w Pleszewie jest 46. dzieci. 80% z nich ma nieuregulowaną sytuację prawną – nie mają szans na adopcję. To tam Beata poznała Oliwiera – 9-latka i jego dwie siostry, starszą 12-letnią i młodszą 6-latkę.

Aby zostać rodziną zaprzyjaźnioną nie trzeba spełniać zbyt wielu warunków. MOPS przychodzi owszem sprawdzić warunki lokalowe, ale raczej ogólnie: czy w domu nie ma alkoholu, czy jest czysto. Rodziną zaprzyjaźnioną może zostać osoba samotna, starsze małżeństwo, któremu wnuki wyjechały za granicę, młodzi ludzie. Wystarczy czyste mieszkanie i wykazanie dochodu, czasami opinia z miejsca pracy.

– Na początku spotkaliśmy się w gabinecie dyrektora, później przyjechałam z synem. Siostry Oliwiera z nami spędzały czas, by nie czuć się odrzucone. To był czas przedświąteczny. Rodzeństwo miało jechać do swojej mamy. Bardzo się cieszyli.

Dzień przed Wigilią telefon. – Pani Beato nikt po nich nie przyjechał. Tylko oni zostali w domu dziecka…

To nigdy nie jest prosta decyzja. – Gonitwa myśli, gdzie ich położę, gdzie posadzę, jak sobie damy radę. 50 metrów kwadratowych mieszkania w bloku będzie wywrócone do góry nogami. Bałam się, że będą zazdrosne, nie wiedziałam, jak mój syn zareaguje… To nie był impuls: tak zgadzam się, bo zawsze jest milion wątpliwości. Ale one trwają chwilę.

Pojechaliśmy po dzieci w Wigilię. Płakałam. Dzieci czekały spakowane. Najmłodsza już dzień wcześniej włosy zakręciła  na papiloty: „Ciocia ja mam dwie sukienki, bo jak mi się barszcz na jedną wyleję, to mam drugą na zmianę, a wiesz, musze wyglądać przecież”.

Dzieci tak grzeczne, jakbym ich w domu nie miała. Zaskakiwały mnie pytaniami: „Ciocia, a kiedy będzie pora na mycie? A kto pierwszy? A na bajki jest jakaś lista?”. Był dla mnie tylko jeden trudny moment, kiedy na pasterce ksiądz mówił: „Uściskajcie waszych rodziców, że dziś są blisko was, podziękujcie mamusi, że przygotowała wszystkie potrawy…” One nie dały po sobie poznać. Ale ja wróciłam rozdygotana, z wyrzutami sumienia, że dzieci naraziłam na taką sytuację.

Beata wspomina, że to były ich najbardziej rodzinne Święta – dom wypełniony dziećmi, śmiechem, zabawą. Wspólnym śpiewaniem kolęd. – Zaczęło się od jednego dziecka, a skończyło na trójce – śmieje się. Kiedy przyjeżdża do domu dziecka odwiedzić „swoje” dzieci, rozmawia czasami z dziewczyną. Ma 20 lat, a 15 spędziła domu dziecka. – Mówię do niej, że przykro mi, że jej życie tak się ułożyło. I co słyszę: „Pani Beato to jest najcudowniejsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Ja tu mam największe szczęście: mam przyjaciół, mam znajomych, skończyłam szkołę”.

– Wiem, że niektórzy mogą uważać to za okrutne. Że dajesz tym dzieciom nadzieję, zabierasz na weekend i oddajesz z powrotem. Ale one chodzą do normalnych szkół. Wiedzą że istnieje inne życie niż to w domu dziecka. Przecież widzą, że nawet ich wychowawczynie mają swoje rodziny. A ja jeśli mogę im dać pięć minut radości, pokazać, jak wygląda normalny dom, a nasze życie przecież składa się z chwil – to niech to będą takie właśnie chwile. Te dzieci chcą tylko wspólnie spędzonego czasu, nie interesują je rzeczy materialne, tylko te, które można robić razem.

Życie różnie się plecie. Miał być przyjaciel dla Maksa. A jest trójka. I to dwie dziewczynki. Może teraz Beata bardziej orientuje się w dziewczęcych bajkach i postaciach.

– Dzisiaj czuję, że jestem nie w porządku, bo to ja dzisiaj biorę, a miałam dawać. Jadę do nich i tam, w tym domu dziecka, pośród tych wszystkich dzieci ustawiam sobie priorytety. Ciągle jestem na zero, bo co ja im dzisiaj mogę dać – trochę czasu, a tyle ile my jako rodzina od nich odbieramy… Rachunek jest po ich stronie.  Wiem, że to nie ja daję, przynajmniej nie teraz.

Beata chciałaby rozpowszechnią ideę zaprzyjaźnionych rodzin, bo zrobienie dzieciom paczki na święta dla nich niewiele znaczy. One potrzebują uwagi, rozmowy, pewności, że komuś na nich zależy. Są świadome swojej sytuacji. Oliwie na początku mówił: „Nie wiem, czy chcę, żebyś przyjeżdżała”. Kiedy Beata spytała dlaczego, odpowiedział: „Bo wolałbym, żeby to mama przyjeżdżała”. – A teraz nie może się odkleić, kiedy wyjeżdżamy. Coraz trudniej jest nam się rozstawać, wychodzić. Ale jesteśmy szczerzy wobec siebie, ja nie obiecuję więcej, niż mogę dać. A one są szczęśliwsze. To najważniejsze.


Przypominamy wam o akcji: „Kobiety, które inspirują – takie jak ty… Zostań naszą bohaterką”. Piszcie do nas na: kontakt@ohme.pl, mówcie o sobie, a my wasze historie opiszemy Pamiętaj, nie musisz być kimś wyjątkowym, by być bohaterką.


Zostawiła go kobieta, a on dzięki temu stał się sławny. Niektóre rozstania to błogosławieństwo

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 stycznia 2016
Fot. Screen z YouTube /
Fot. Screen z YouTube / Rafael Mantesso

Oto Jimmu Choo. Jimmy jest bulterierem. Jego pan, Rafael Mantesso uwielbia robić mu zdjęcia. Jimmy jest tak popularny, że filmiki z jego udziałem stały się hitem Internetu.  Ale nie zawsze było tak różowo…

Zaczęło się dość nieszczęśliwie. W  30. urodziny od Rafaela odeszła żona. Zabrała wszystko, prócz psa. Człowiek i zwierzę zostali sami w pustym mieszkaniu. Uzyskany w ten sposób wolny czas :) Rafael spożytkował tak, jak umiał najlepiej: zaczął fotografować swojego psa, a zdjęcia, po uzupełnieniu ich kilkoma szczegółami, wrzucał na swoje konto na Instagramie. Dwa lata później Rafael wydał album ze swoimi pracami i stał się sławny. Cóż, niektóre rozstania to prawdziwe błogosławieństwo!

 


A Tu krótki filmik z planu zdjęciowego
Instargram Rafaela https://www.instagram.com/rafaelmantesso/


Zobacz także

fot. iStock/Martin Dimitrov

5 sytuacji, w których warto powiedzieć „dziękuję”

Fot. iStock/PeopleImages

Dopasuj strój kąpielowy do typu figury. Jak wybrać taki, w którym będziesz dobrze wyglądać?

Fot. iStock / izusek

Numerologia. Czy twój facet to wrażliwa „dwójka”, czy tajemnicza „siódemka”?