Miłość czy kariera? Jak zachować zdrową równowagę między życiem zawodowym a uczuciowym

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 lutego 2017
Fot. iStock/kupicoo
Fot. iStock/kupicoo

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Błyskotliwa kariera zawodowa i udane życie uczuciowe, czy to nie za duży sukces? Wydaje się, że jedno zawsze musi być realizowane kosztem drugiego. Tymczasem badania wykazują, że ludzie w udanych, szczęśliwych związkach zarabiają więcej, są zdrowsi, żyją dłużej i szybciej awansują.  

Jak zachować zdrową równowagę między życiem zawodowym a miłosnym?

Trzymaj się priorytetów

Czasami życie zmusza nas do rezygnacji z jednego celu na rzecz drugiego, który w danym momencie wydaje się ważniejszy. Zawsze warto obniżyć trochę zawodowe ambicje, jeśli zaczynają one zagrażać zdrowiu naszej relacji. Czasem nie masz możliwości, by zrezygnować z czegoś całkowicie.

Upewnij się, że twoja druga połówka wie, że jest bardzo ważną częścią twojego życia. Kiedy obie strony czują, że są dla siebie ważne, pobyt do późna w biurze nie oznacza zaniedbania dla związku. Uprzedzaj ukochaną osobę, kiedy musisz poświęcić więcej czasu jakimś zawodowym obowiązkom. ​

Rozdzielaj życie zawodowe od uczuciowego

Dwa światy niech pozostaną dwoma, odrębnymi światami. Kiedy jesteś w pracy, nie pozwól by związkowe problemy utrudniały ci wywiązywanie się z obowiązków. Kiedy jesteś w domu, odłóż służbowy telefon i poświęc swój czas ukochanej osobie.

Naucz się zarządzać czasem

Konsekwencje zaniedbania są po po obu stronach poważne: utrata pracy i rozpada związku wynikają najczęściej z braku czasu i poświęcenia. Jeśli twoja kariera wymaga, byś pracował do późna, pod koniec każdego miesiąca zaplanuj weekend z ukochaną osobą.

Pozostań w kontakcie

Spędzanie czasu w biurze jest nieuniknione. Poświęć z niego 5 minut każdego dnia, by dać znać swojemu partnerowi, że go kochasz, pamiętasz, jesteś.

Naucz się, kiedy trzeba odpuścić

Bądź świadomy, ile czasu jesteś w stanie zainwestować w swój związek, ile  poświęcić dla kariery. Gdzie jest granica? Kiedy trzeba odpuścić, by nie stracić tego, co ważne? Może twoja ambicja uniemożliwia ci realną ocenę twojej sytuacji? Podobnie, jeśli związek, w którym jesteś przynosi ci tyle cierpienia i smutku, że nie możesz i nie masz ochoty się rozwijać – dla swojego dobra, warto przewartościować swoje życie.


A ty jaką żoną jesteś? Bywasz jak te z najgorszych koszmarów?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 lutego 2017
Fot. iStock/cookelma
Fot. iStock/cookelma

Wiadomo, że święte nie jesteśmy. Nie ma co ukrywać, że potrafimy zajść za skórę facetom, oj potrafimy, jak nikt inny. Zwłaszcza naszym mężom i partnerom, którzy czasami (oczywiście, że nie zawsze) Bogu ducha winni, cierpią cierpieniem męczennika, który swoje życie złożył w ofierze małżeństwu. A co tam małżeństwu – żonie, jędzy, co to wie, jak i gdzie ukłuć, żeby zabolało odpowiednio.

Jakimi żonami jesteśmy? Bywa, że nie do wytrzymania, kiedy facet ma naprawdę ochotę trzasnąć drzwiami i wyjść, bo ile można znieść. Prawda? Jakbyśmy tak postawiły się w jego sytuacji, to przyznajcie szczerze – nie ma co się tym facetom dziwić, że miewają nas kompletnie dość.

Porozmawiałam z innymi żonami i partnerkami. Cóż, nasz obraz nie zawsze wypada na korzyść… ale w końcu trzeba mieć do siebie trochę dystansu i czasami przyznać: „tak jestem jędzowata”.

To jakim najgorszym typem żony bywasz?

Żona „Ja wiem lepiej”

Zawsze wiesz lepiej. Chociaż on zaproponuje wyjście do kina, ty i tak zadecydujesz, że na inny film, niż on wybrał. Jeśli chce coś zrobić na obiad, to i tak musisz wtrącić swoje trzy grosze, że może surówka inna, a do mięsa dodać jeszcze tymianek? Kiedy próbuje zdyscyplinować dzieci, zawsze coś na boku mu powiesz, dasz jeszcze wskazówkę. I kuchenkę po nim wytrzesz, i pranie poprawisz, bo majtki do majtek, a koszulki do koszulek. Ty po prostu wiesz, co jest lepsze dla ciebie, dla niego… no może już niekoniecznie i nie zawsze.

Żona „Boli mnie głowa”

Nie wchodzisz w dyskusje, omijasz szerokim łukiem wszelkie próby wyjaśnienia nieprzyjemnych sytuacji. Na wszystko masz zawsze gotową odpowiedź: „Boli mnie głowa”. Kiedy on pyta, co ci jest, czy coś się stało, że może porozmawiacie, bo widzi, że o coś ci chodzi. A ty tak naprawdę to nie wiesz, o co ci chodzi, ale na wszelki wypadek zakryjesz się bólem głowy, żeby i tak on czuł się winny, żeby zachodził w głowę, co takiego się stało. Ale pamiętaj jedno – dla niego hasło, że boli cię głowa, nie ma podtekstu, który ty sobie tkasz. Boli – ok – to odpocznij. Na więcej nie ma co liczyć.

Żona „Mam focha”

Przyznaje się – byłam takim typem stosującym przemoc fochową. Nie dotykaj, zostaw mnie, nie mów do mnie, phi co mnie to obchodzi. Wzruszenie ramion, odwrócenie się plecami. Mistrz focha nad mistrzami. I oczywiście bez słowa wyjaśnienia, bo przecież on MUSI się domyślić. Bo ile razy można mówić, tłumaczyć, lepiej strzelić focha, a co ukarzę niewdzięcznika, żeby docenił to co ma na co dzień. Tylko, czy to naprawdę działa tak, jakbyśmy tego chciały?

Żona „Mógłbyś się bardzie starać”

Wiecznie niezadowolona. Bo mógłby być szczuplejszy, albo grubszy może jednak. Bo za dużo pracuje. Bo za mało zarabia. Bo źle się zajmuje dziećmi. Bo gotuje nie za dobrze. Ogólnie wiecznie jest niezadowolona. Cokolwiek on by nie zrobił, jej i tak nie dogodzi. Nawet jak ją przytula, to ma milion uwag: a to mocniej, a to słabiej, a to z drugiej strony. I w ogóle wszyscy mężowie przyjaciółek na pewno są lepsi od niego, z nich mógłby brać przykład… I jak z taką wytrzymać?

Żona „Musisz w tych brudnych butach wchodzić”

Najważniejsza jest czysta podłoga. Naczynia pomyte, blat lśniący. Nie ma czasu na pitu-pitu, skoro trzeba kibel wyszorować, odkurzyć, ten jeden klosz chyba przetrzeć i okna umyć, bo już trzy dni minęły od ostatniego deszczu i takie pochlapane. Za to przechlapane ma mąż, który buty musi ściągać przed drzwiami, przebierać się w domu od razu w ciuchy domowe, myć ręce jak dzieci pięć razy przed posiłkiem i nie daj Boże coś postawić nie na swoim miejscu. Takie życie na ciągłej pedantycznej bombie.

Żona „Taka jestem biedna”

Nam się chyba czasami wydaje, że jak będziemy biedne i nieporadne, to on nas nigdy nie opuści, zawsze będzie się nami zajmował. Ale ile można? Nie umiem, nie potrafię, jestem za głupia, inni są lepsi ode mnie, ty zadecyduj, ja nie wiem. Z kim się facet wiąże – z fajną dorosłą kobietą czy z dzieckiem, które trzeba przez życie prowadzić za rękę? Każdy może w końcu wymięknąć z nadmiaru odpowiedzialności, której ponosić wcale nie musi.

Cóż, cechy każdej z nich mi się trafiają… Jak jeszcze zdaję sobie z nich sprawę to pół biedy, gorzej, gdy nie mam świadomości i budzę się zlana potem, że on mnie jednak zostawi, bo jak z taką wytrzymać. 😉 Ale kocham, przepraszam – potrafi jeszcze zdziałać cuda… No i trochę pracy nad sobą.

A wy jakimi żonami iście z horrorów bywacie?


Kto nigdy nikogo nie pożegnał „naprawdę”, ten nie żył. Pozwolić odejść temu, kto cię nie potrzebuje, znaczy dojrzeć

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 lutego 2017
Fot. iStock/fcscafeine
Fot. iStock/fcscafeine

Pewnie wiele razy w swoim życiu musieliście kogoś pożegnać. To mogło być rozstanie, decyzja o zakończeniu przyjaźni, śmierć bliskiej osoby. Pożegnania i powitania w pewnym sensie wyznaczają nasz życiowy rytm, bo większość tych najgłębszych, najpiękniejszych i najtrudniejszych emocji, które odczuwamy, dotyczy innych ludzi – ich obecności bądź ich braku w naszym życiu. 

Rozpacz, żal, smutek – te uczucia najczęściej towarzyszą nam, kiedy ktoś, kto był dla nas ważny, odchodzi, nawet jeśli relacja, która nas wiązała, przynosiła nam cierpienie i emocjonalny ból. Tak bardzo przywiązujemy się do ludzi, że zatracamy i gubimy w tym przywiązaniu samych siebie.

Tymczasem pożegnać kogoś, kto już nas nie potrzebuje, to znaczy dorosnąć, dojrzeć. Nawet śmierć bliskiej osoby może pozwolić nam wzrosnąć „duchowo”, rozwinąć się emocjonalnie. W jaki sposób? Bo zaczynamy sobie zadawać pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Bo zdajemy sobie sprawę z tego, że jednak potrafimy żyć „sami”, że właściwie w ogóle, tak naprawdę, jesteśmy sami i że ta relacja z sobą samym, jest najbardziej podstawową, „bazową”.

Pożegnać kogoś, kto nas nie potrzebuje, może pozwolić nam odkryć siebie na nowo

Jeśli żegnasz ukochanego, dla którego przestałaś być priorytetem, żegnasz też poczucie, że miłość musi boleć.  Jeśli godzisz się ze śmiercią przyjaciela, uznajesz, że twoje życie będzie teraz inne, ale nie musi być gorsze. Mimowolnie zaczynasz szukać głęboko w sobie odpowiedzi na pytania, kwestionować, analizować.

Warto uświadomić sobie, że to, co naprawdę nas boli, kiedy rozstajemy się z innymi, to nie samo pożegnanie, ale pragnienie, by ta osoba do nas wróciła. To ono nas wewnętrznie osłabia i blokuje, produkując w naszej głowie myśli, wyobrażenia i nadzieje, które nigdy się nie spełnią. To ono trzyma nas w jednym i tym samym miejscu.  To ono sprawia, że dajemy się ranić, że oddajemy klucz do naszego osobistego szczęścia drugiej osobie, nawet jeśli jej już nie ma. Bo to ty jesteś jedyną osobą, która powinna mieć kontrolę nad twoim życiem. W tym sensie pożegnania są aktem miłości własnej i odwagi.

Dlaczego odwagi? Zerwanie więzi z ludźmi, którzy nas już nie potrzebują, emocjonalne rozstanie z tymi, którzy odeszli, to przełamanie wielu lęków, w tym, lęku przed samotnością, przed tym, że sami sobie „nie poradzimy”. Jeśli jednak byłaś w związku, w którym druga osoba stale dawała ci jedynie swoją nieobecność, uwolnienie się z tej relacji uświadomi ci w końcu, że ty umiesz już być sama. A życie w pojedynkę samemu, jest o wiele łatwiejsze niż życie w samotności w związku.

Jeśli pożegnałaś przyjaciela, na którego opinii polegałaś w każdej trudnej sytuacji, stajesz przed koniecznością decydowania w pełni sama za siebie. Nie ma nic bardziej rozwijającego.

Jeśli rozluźniasz więzi ze swoim dorastającym dzieckiem, powoli zdejmujesz z siebie odpowiedzialność za jego decyzje, za drogę, którą podąży w dorosłym życiu. Boisz się, bo kochasz, ale odzyskujesz siebie.

Pożegnanie to również zapominanie o urazach i ranach na duszy, jeśli takie w sobie nosisz. Jak bardzo chciałabys się od nich uwolnić?

Żeby naprawdę kogo pożegnać, musisz zaakceptować akt pożegnania, puszczania kogoś „wolno”. Oznacza to, że musisz przejść przez proces niepewności i bólu. A to wymaga zrozumienia tego, co się właściwie stało.

 Aby móc się rozwijać, trzeba zrozumieć:

– że druga osoba już nas nie kocha (to kluczowe, by zakończyć związek, który generuje więcej cierpienia niż szczęścia),

– że śmierć jest częścią życia (a po bliskiej osobie zostają wszytskie przeżyte wspólnie chwile: dobre i złe)

– że ludzie się zmieniają, a to również powoduje zmiany w relacjach między nami (i nie należy ich podtrzymywać na siłę)

– że dzieci dorastają i odchodzą, gdy nadejdzie odpowiedni czas.

Akceptacja przychodzi powoli, ale przynosi ze sobą coś, na co warto czekać. Uwalniasz się od negatywnych emocji, od różnych innych obciążeń związanych z tamtą relacją. Stajesz się bardziej dojrzałym człowiekiem. I wreszcie, dajesz sobie szansę na „nowe”.


Na podstawie: exploringyourmind.com 

 

 


Zobacz także

Fot. iStock / Oleh_Slobodeniuk

A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham?

Fot. iStock/Massonstock

Miłość to zgoda i pomoc w pakowaniu walizek. Żebym ja mogła iść swoją drogą, a ty byś otworzył drzwi właściwej kobiecie

Zrobiło mi się niedobrze słysząc, że rozwód to najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć

Zrobiło mi się niedobrze słysząc, że rozwód to najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć