Czuję frustrację – jestem wściekła. Przecież to nie jest życie, to jakaś wegetacja

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
15 października 2016
Fot. iStock/ BraunS
 

Zabiegana, pełna pomysłów, życia, twórcza, towarzyska, empatyczna, z klasą, dumna, ale nie tak dosłownie. Ciągle szukająca czegoś nowego, szukająca pomysłu na życie. Czy Wy też macie wrażenie, że to tak troszkę o Was? O mnie na pewno. Żyje w ciągłej pogoni. Wy też? Nie wiadomo do końca za czym, za kim, dlaczego? Jedyne co przychodzi mi teraz do głowy to stwierdzenie, za spełnieniem… ale jakim? Pierwsze chyba powinnam powiedzieć za kasą, bo za nią mimo wszystko pod wieloma względami można się spełniać.

Nie do końca czuję, że się spełniam. Jest ok, jest fajnie, ale jeżeli w Polsce za swoją pracę otrzymuje troszkę wyższe wynagrodzenie niż najniższa krajowa, a sama opłacam urząd skarbowy, inne składki, i te opłaty… przy opłatach zostaje mi ledwie na życie, a miało być tak pięknie… to z czego ja mogę być zadowolona? Osoba z wykształceniem, 10 zl/h ktoś powie, inni mają mniej, może. Może inni mają mieszkanie u rodziców, mniej opłat, nie wiem, może innym to nie przeszkadza?

Dla mnie to nie życie. Nie przywykłam do czegoś takiego, do tej pory pracowałam, miałam mniej opłat o dobrych kilkadziesiąt złotych, owszem  żyłam w domu rodzinnym, postanowiłam jednak już całkowicie zacząć żyć własnym życiem, to była moja decyzja. Uważam, że dobra, mimo tego, że łatwo nie było, nie jest i nie będzie, ale dalej zadaje sobie pytanie, jak dalej żyć? Do tej pory żyłam dobrze, tak jak chciałam, a teraz widzę, że już nie mogę wydać miesięcznie 200 zł na książki, 100 na teatr, 50 na kino, 200 na spotkania z przyjaciółmi.. o nowej pasji nie wspomnę. Nie mogę zapisać się na kurs jaki chciałabym, ponieważ samych opłat mam dobrze miesięcznie ponad tysiąc złotych.

Więc po raz kolejny w mojej głowie zapada pytanie: Jak można tak żyć? Przecież to nie jest życie, to jakaś wegetacja. Nie dziwię się, że są ludzie koło trzydziestki na karku, dalej mieszkający pod dachem rodziców, albo całkiem, na ich przysłowiowym garnuszku. Ja mam 24 lata, od 18 urodzin utrzymywałam się sama, odpadało mi tylko płacenie za czynsz, czy jakieś składki, ponieważ pracowałam no nie oszukujmy się bez umowy. Uczyłam się, więc wtedy jakoś mi to nie przeszkadzało, wręcz było na rękę. Za rachunki i tak płaciłam ze swoich pieniędzy, jedzenie i wszystko inne również kupowałam sama, co nie zmienia faktu że było mi łatwiej.

Czy czujesz spełnienie? Czujesz, że żyjesz? Przecież tak niskie zarobki, dołują, dołują mnie, dołują chyba wielu z Nas. Nasza praca przestaje dawać .am satysfakcje. Mam/mamy myśleć o przekwalifikowaniu tylko dlatego, żeby lepiej zarobić? Naszą pasję porzucić ze względu na hajs? Mamy wybierać pomiędzy życiem, a przeżyciem? Nie wiem, czy śmiać się czy płakać, jak o tym myślę i piszę. Żenada. Zostaje albo godzić się na życie, tak naprawdę nie żyjąc. Bo żyć, pracować tylko po to żeby zapłacić rachunki i coś zjeść.. to nie oszukujmy się przecież nie do tego życie powinno się sprowadzać. Co rozumiesz przez stwierdzenie ‚Czuję, że żyje’? Ja żeby czuć, że żyje potrzebuje czuć spełnienie. Co daje mi spełnienie? Hmm… pomyślmy spełnienie owszem może być emocjonalne, duchowe, z tym jest łatwiej… ale spełnienie finansowe to jest dopiero trudne do osiągnięcia, spełnienie, samorealizacja, samodoskonalenie się, relaks, zwiedzanie, poznawanie świata, nowych smaków, ludzi, miejsc, to jest to co każdy z nas powinien w życiu móc robić, jeśli oczywiście chce. To dla mnie jest spełnienie.

Chcę czuć, że żyję. Nie mówię, że co dzień, mam jeść w najlepszych knajpach, restauracjach, chodzić na zakupy do Diora czy Chanel, ale żeby na spokojnie było stać mnie na życie właśnie takie normalne. Raz, dwa razy w tygodniu wyjść gdzieś, zapisać się na jakiś kurs, pojechać na wycieczkę bez pożyczki na następny rok, lub dwa, bez liczenia każdego grosza od/do pierwszego, czy tam dziesiątego każdego miesiąca kiedy wypłata ma wpłynąć na konto.

No więc tak, jeśli ktoś może, bądź chce, albo musi to jest pierwszy wariant :

– przekwalifikowanie ( swoją drogą, jeśli ktoś chce dobrze zarabiać, chce się przekwalifikować, musi mieć naprawdę dobrą głowę! Więc nie każdemu przekwalifikowanie pomoże, zawody w których można dobrze zarobić nie są łatwe)

Drugi wariant? No właśnie jaki jest? Chyba każdy wie jaki… otóż:

– emigracja

Ktoś powie dokąd? Już nigdzie nie ma ‚kokosów’ ! No może i muszę przyznać, i przyznam rację, nie ma już tak dobrze jak było jeszcze kilka lat temu, ale dalej jednak, jest lepiej niż u nas. Można pracować często nawet w słabej pracy, nie dającej Nam spełnienia zawodowego, ale pozwalającej Nam po prostu żyć. Hmm i tu każdy powinien sobie zadać pytanie, co dla mnie jest ważniejsze? Spełnienie zawodowe w kwestii zarobków,czy też tego co robię i dla kogo?

Nie wiem jaka ma być puenta tego wpisu. Nie ma puenty. Czuję frustrację – jestem wściekła.

Jesteś młoda, młody, ambitna, ambitny, odważna, odważny i co z tego masz?
Masz znajomości albo szczęście, masz dużo. Nie masz szczęścia masz masę czasu na myśli, że mimo starań najlepsze lata twojego życia przeciekają ci właśnie przez palce. Uciekają. Tracisz część swojego życia na wegetację. Kogo to wina? Nie Twoja, to pewne, w końcu ustaliliśmy, że jesteś osobą ambitną, dążącą do czegoś. Ciągle się starasz, dążysz do tego by osiągnąć w życiu to ‚coś’.  Nie jest to też wina miejsca z którego pochodzisz. Nie jest i już. Nie jest to również winą twoich rodziców. To wina państwa w którym żyjesz. Tylko i wyłącznie państwa. Ludzie którzy od lat nim rządzą, mówią, że chcą dobrze, lepiej i tak tylko się przegadują, od lat. Może i czasami coś zrobią, żeby było lepiej.. ale jedno ich dobre posunięcie przypada na setki tragicznych decyzji. W minionych latach tych tragicznych było większość, dlatego teraz mamy Polskę jaką mamy. Nie zapowiada się, że będzie lepiej… i teraz przygryzam wargi i zadaję sobie pytanie:

Wylecieć czy zostać? Zaryzykować na początek jakąś przypadkową pracą poza granicami naszego kraju, czy zostać tu w pracy w której się spełniam? Spełniam emocjonalnie, ale nie życiowo. Chcę się spełnić, a nie do końca jednak mogę. Na pewno nie mogę, nie mogę się samodoskonalić, realizować, spełniać marzeń. Tym którym udało się to już osiągnąć zazdroszczę, ale tylko tak troszeczkę, a tak naprawdę cieszę się waszym szczęściem i z całego serca Wam gratuluję. Trzymam kciuki za wszystkich którzy tak jak ja tego spełnienia jeszcze, dalej poszukają. Wy  również, trzymajcie je za mnie! Moc jest w nas i w naszych decyzjach, więc dalej dążmy do spełnienia, bo chyba nic innego Nam nie zostało? W końcu ambitni ludzie się nie poddają 😉


Czy wybaczanie innym nam popłaca?

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
21 października 2016
Fot. iStock/sergio_kumer
 

Wybaczyć, czy nie wybaczyć? Zapomnieć i żyć jak dawniej? Udawać, że nic się nie stało? Co zrobić z ludźmi którzy Nas zawodzą, ranią, powtarzają swoje naganne zachowania?

Już nie jeden raz te pytania nie dawały mi spokoju, nurtowały. Od kilku dni na nowo, rozmyślam nad tym. Doszłam do wniosku, że wybaczanie nie popłaca. Czy zgodzi się ktoś ze mną? Owszem jakiejś drobnostki można, wręcz trzeba puścić w niepamięć, bo drobnych zawodów nie da się uniknąć, w końcu nikt z nas idealny nie jest.

A zranił was ktoś tak naprawdę, mocno? Mnie tak, już niestety nie raz przejechałam się na bliskich mi osobach. Przynajmniej uważałam je za bliskie, lecz jak dowiodło ich zachowanie, nie zasługiwały na takie miano. Uważam, że kto raz nas zawiódł, zawiedzie i kolejny. Może są osoby co z tym stwierdzeniem się nie zgodzą, może są wyjątki od tej reguły, ale ja ich nie znam. Do tej pory wybaczałam, puszczałam w niepamięć jak to się mówi, lecz nie do końca przecież mogłam zapomnieć. Próbowałam odbudować nadszarpnięte zaufanie, relację, ale ile razy się starałam, tyle razy widziałam, że te osoby i tak na nowo mnie zawodzą.

Nie wiem czy do tej pory byłam naiwna, głupia, czy za młoda, ale teraz zrozumiałam, że muszę dbać o swój spokój. O komfort psychiczny, fizyczny i emocjonalny. Po co dawać się znowu zranić komuś kto powtarzał już kilka razy swoje naganne zachowanie? To nie ma sensu. Trzeba oczyścić swój świat. Zweryfikować ludzi. Weryfikujmy ich na bieżąco – to nam popłaci. Jasne, przez właśnie zawody życie samo za nas ich weryfikuje, ale jednak my za często trzymamy się myśli, że jednak wszystko wróci do normy, do tego co uważaliśmy za normę, że będzie jak dawniej, że będzie okej. Przedłużamy niektóre znajomości, zdecydowanie za bardzo.

Jeśli ty skrzywdzisz kogoś, lub ktoś ciebie, słowem, czynem, zachowaniem to już nigdy nie będzie jak dawniej, zapamiętaj: Słowa raz wypowiedziane mają wielką moc, nie cofniesz ich już nigdy. Nie których rzeczy nie da się zapomnieć. Wybieraj ludzi którzy naprawdę, są ci przychylni, potrafią wywołać uśmiech na twojej twarzy, w najtrudniejszych  życiowych momentach nie zawodzą, możesz na Nich polegać, są dobrzy, pomocni, szczerzy, kochani, prawdziwi. Z innych osób zrezygnuj, odpuść. Szkoda twojej energii.

I znowu przygryzam wargi, bo powinnam chyba napisać, wybaczaj, bo wybaczanie jest potrzebne, żeby oczyścić swój wewnętrzny świat, ale weryfikuj, jak trzeba wywalaj ze swojego życia, nie lituj się, nie żałuj danej osoby. Ona w końcu nie jeden już raz nie żałowała ciebie. Dobieraj ludzi ostrożnie. Lepiej mieć jednego człowieka, lecz wartościowego przy sobie. Uwierz mi, milion ludzi nie sprawi ci tyle radości co ta jedna, jedyna życzliwa tobie osóbka!


Schizofrenik a ludzie

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
24 września 2016
Schizofrenik a ludzie
Fot. iStock / valentinrussanov

Moja mama ma schizofrenię. Pisałam już kiedyś wcześniej o tym. Dobija mnie myśl, że społeczeństwo tak mało o tym wie. Chciałabym zrobić coś, żeby ludzie zaczęli inaczej patrzyć na osoby chore psychicznie. Kiedyś to nagłośnie. Postaram się, żeby spojrzenie na tą sprawę, chociaż kilku osób, zmieniło się, a dzięki temu chorym żyło się lepiej.

Pięć rzeczy, które najbardziej kłują mnie w oczy:

1. Ludzie patrzą na chorych psychicznie, jakby ich zachowanie,
dana choroba była ich winą.

2. Chorzy pozostają bardzo często pozostawieni sami sobie.
Znajomi, sąsiedzi, bliscy odwracają się.
Przy schizofrenii jest to bardzo częste zjawisko.

3.  Inni traktują chorego gorzej, jakby był mniej wartościowym człowiekiem, nawet jeśli choroba jest w trakcie remisji, chory nie może żyć w otoczeniu normalnie.

4. Ludzie nie chcą z  chorymi rozmawiać, śmieją się z Nich. Chory to też człowiek – On czuje i cierpi. Sam nie wybrał sobie choroby! Dużo ludzi o tym zapomina, a przecież mimo, że jest to straszna choroba, przerażająca wszystkich, bardzo często niebezpieczna, musimy pamiętać, że to nadal choroba. Chory działa nieświadomie. Nieodpowiednie zachowanie otoczenia często pogłębia chorobę, depresję, stany lękowe, a nawet przerywa remisję.

5. Bliscy wstydzą się chorych, przez co chory jeszcze bardziej
jest pozostawiony sam sobie.

Śmierć bliskiej osoby jest straszna. Są choroby przy których ktoś umiera latami, cierpi – to dramat. Nie którzy umierają w jeden dzień, inni w tydzień lub miesiąc. To straszna strata, rozpacz i ból. Ale Oni cierpią przez chwile i umierają. Jeśli jesteśmy wierzący, wierzymy, że ich dusza trafi do nieba i będą szczęśliwi. A wiecie jak cierpi człowiek chory psychicznie? Czuje się samotny, odrzucony. Często żyje sam, w nędznych warunkach, przez leki, chorobę zmienia się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Wiele rzeczy jest mu obojętne, leki działają otępiająco, spowalniają chodzenie, mowę, reakcję na różne bodźce. Taki człowiek jest wiecznie nieszczęśliwy. Często nie ma celu, nawet pieniędzy  na godne życie. Na pomoc państwa może liczyć jedynie jeśli choroba daje oznaki w postaci stwarzania zagrożenia dla siebie bądź innych. Jeszcze przecież ktoś musi to dostrzec, wtedy są pasy bezpieczeństwa i szpital na parę tygodni czy też miesięcy. Potem jest znowu wolność. A czym jest dla takiego człowieka wolność? Niczym. On nie ma bardzo często nikogo ani niczego. Jeśli ma bliskich bardzo często jest traktowany jako ‚inny’ człowiek, a jedynie jeśli chory jest traktowany tak jakby był normalny może być mimo choroby normalny. Skomplikowane, nie umiem chyba spójnie i w kilku zdaniach tego opisać, ale taka jest prawda.

Wiecie, ja cierpię. Moja mama cierpi. To straszne, kiedy się widzi, że bliska Nam osoba od 14 lat nie ma jakby życia. Nie ma znajomych, nie ma pomocy od państwa, ma rentę za którą ledwo idzie wyżyć. Przez chorobę, leki i tyle lat życia w samotności, odrzuceniu i wyśmianiu zamknęła się całkiem na świat, nie ma siły nawet nigdzie wyjść, nic ją nie cieszy. Czuję pustkę, czuję ból i cierpienie. Czuję, że straciła dawne życie, to sprzed choroby ( jeśli oczywiście nabyła ją w trakcie życia). To tak jakby widzieć jak bliska Nam osoba co dzień umierała, ale nie tylko fizycznie, umierała co dzień na nowo w każdym aspekcie życia. Moja mama dziś przy mnie się popłakała, ja od lutego podejrzewam nawrót choroby, ale spowolniony, ale Ona popłakała się tak naprawdę o to, że 14 lat temu straciła swoje życie, że od wtedy czuję tylko ból i cierpienie. To straszne kochać kogoś tak mocno i nie móc nic zrobić. Przygryzam wargi, żeby powstrzymać łzy. Poza mną każdy ma ją gdzieś. Dawniej była duszą towarzystwa, radosna, uśmiechnięta, wygadana, pełna energii, teraz jest chodzącą rozpaczą bez znajomych, bez niczego. Jej dusza i stan psychiczny wołają o pomoc. Jeśli mogę, to powiem tylko Boże, pomóż!