Co by się stało, gdyby „usunąć” panów z polityki? Brytyjska kampania nie pozostawia złudzeń – chcemy więcej kobiet!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 października 2015
 

Rządźmy i trzymajmy się razem!

Brytyjska redakcja magazynu Elle, w ramach kampanii #More Woman (Więcej Kobiet) za pomocą pomysłowego wideo próbuje uświadomić nam ewidentne dysproporcje między liczbą kobiet i mężczyzn obecnych w polityce, mediach, rozrywce i wielu innych dziedzinach.

Zabieg jest prosty. Ze zdjęć prezentujących ważne, znaczące wydarzenia czy kadry z czołowych programów telewizyjnych usunięto mężczyzn. Rezultat przygnębia. Na fotografiach widzimy ledwie kilka wpływowych pań otoczonych smutną, pustą przestrzenią. Wniosek nasuwa się sam: obecność kobiet we wpływowych, liczących się środowiskach jest znikoma.

Celem kampanii #MoreWomen jest również podjęcie walki ze stereotypami i zmiana myślenia o wpływowych kobietach jako zwalczających się wzajemnie, bezwzględnych „karierowiczkach”.

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

 

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

Może warto pomyśleć o podobnej akcji w Polsce, gdzie obecność kobiet tam, gdzie decydują się najważniejsze sprawy jest ciągle niezauważalna. Przypomnijmy: na 16 stanowisk ministerialnych zaledwie pięć zajmują panie, a wśród posłów znajdziemy jedynie 23% kobiet.

 

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

 

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

Fot. Screen z YouTube ELLEUK

 

Zobaczcie film.

 

 


 

Źródło: Huffington Post

 


Feminizm? Na co komu? Siedziałybyśmy w domu, nie kłóciłybyśmy się z partnerami o podział obowiązków i żyły spokojnie, choć bez praw

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 października 2015
Fot. iStock / knape
Fot. iStock / knape
 

Dzwoni budzik. Dzień dobry. Nazywam się Feminizm. No już, wstawaj, nie ma co narzekać. Śniadanie dla dzieci, twój makijaż, nienagannie dobrany strój do pracy. Obcasy? Czy na płasko? „Po cholerę nam ten feminizm?”, myślę w poniedziałek rano.

Życie bez feminizmu

Gdyby nie on, wstałabym pewnie wcześniej niż zazwyczaj, bo szans na odpoczynek i spokojniejszy sen byłoby więcej. Wstałabym, usmażyła dzieciom naleśniki z dżemem na śniadanie. Nikogo bym nie poganiała. Miałabym mnóstwo czasu. Przygotowałabym kanapki starannie, zapakowała po kawałku pysznego ciasta z weekendu, dała po buziaku i wysłała dzieci do szkół i przedszkoli. Nie jedno, dwoje, na pewno więcej.

Miałabym czas posprzątać poranny bałagan, pomyśleć, co przygotować na obiad. Wstawić pranie, wyprasować poprzednie. Robi się zimno, więc pewnie przejrzałabym garderobę swoją i dzieci, by zobaczyć, czy wszystkie rękawiczki mają pary i czapki nie będą za małe. Sporządziłabym listę rzeczy potrzebnych, niezbędnych. Nakarmiłabym zwierzaki, otworzyła książkę wypożyczoną z biblioteki i posłuchała radia. A kiedy dzieci wróciłyby do domu, mogłabym usiąść z nimi do lekcji, pobawić się z młodszymi. Mój mąż uśmiechnąłby się szeroko i przytulił na widok ciepłego obiadu na talerzu. Nigdzie by mi się nie spieszyło. Na wszystkie domowo rodzinne sprawy miałabym mnóstwo czasu. Byłoby czysto, pachnąco i ciepło. I spokojnie. Bez nerwów i głowy pełnej miliona rzeczy bez znaczenia, jak choćby ta, czy szef ma prawo wymagać ode mnie 24-godzinnej dyspozycji. Patrzyłabym w lustro i na twarzy nie byłoby znanego napięcia, za to uśmiech i łagodność.

Fot. Pixabay/jill111 / CCO

Fot. Pixabay/jill111 / CCO

Z feminizmem

Tymczasem jest poniedziałek i muszę wstać. Choć obiecałam sobie, że od tego tygodnia nastawię budzik 15 minut wcześniej, to i tak zrywam się na ostatnią chwilę. Szybko grzeję mleko do płatków dla dzieci – najszybsze śniadanie. Pospieszenie robię kanapki. Mąż wybiega przesyłając buziaka w drzwiach, już spóźniony. A ja próbuję uświadomić dzieciom, że jest już późno i naprawdę nie chciałabym spóźnić się do pracy, w międzyczasie maluję rzęsy. Krzątanina zmienia się w bieganinę, kłótnie o pierwszeństwo w łazience. Jeszcze szukanie cieplejszej kurtki, bo dziś jednak zimno, czapki – trudno dziś ubiorą za małe, notuję w głowie obowiązkowe zakupy, o których i tak wracając z pracy zapomnę i tak do kolejnego weekendu. Przed wyjściem patrzę na kuchnię, po której przeszło poranne tornado. I już nas nie ma. Wiem, że wrócimy późno, bo zajęcia dodatkowe dzieci, bo jakieś spożywcze zakupy po drodze. Wieczorem wkurzam się na męża, że nie pomył naczyń, nie powiesił prania, a mnie samej się czepia, że szefowa dzwoni po godzinach pracy z pilnym pytaniem i jeszcze pilniejszym mailem, który muszę natychmiast przeczytać. Szybka obiadokolacja, dyskusja o nadchodzących wyborach, która kończy się kłótnią wynikającą z różnicy poglądów. Jeszcze przeczytam dzieciom książkę. I… zasnę razem z nimi, marząc by jutro nie nadeszło, albo, żeby bliżej było do weekendu.

Dlatego, jak w poniedziałek rano dzwoni budzik przeklinam przez chwilę cały ten cholerny feminizm. No może, nie przez chwilę, ale przez jakieś dobre pół godziny. A może i ciut dłużej. Dopóki nie rozwiozę dzieci i nie zostanę sama w aucie. Włączam radio i słucham mojej ukochanej Natalii Przybysz. Wkurzam się słuchając informacji o nadchodzących wyborach, że choć tyle w nich kobiet, to mało w nich o samych kobietach, a PKW w swoim spocie zachęcającym do pójścia na wybory kompletnie nas pomija pokazując tylko głosujących mężczyzn. Tak to takie typowe. Matka feministka, która docenia walkę kobiet o równouprawnienie, do którego wciąż nam daleko, o możliwość zawodowej samorealizacji, która tak cholernie trudna jest do pogodzenia z macierzyństwem.

I kiedy siedzę w tym samochodzie w drodze do pracy, przez chwilę chcę jednak wrócić do domu. Zastanawiam się, czy feminizm we współczesnym rozumieniu więcej nam wyrządził krzywdy czy uczynił dobrego?

Fot. Pixabay/aletuzzi / CCO

Fot. Pixabay/aletuzzi / CCO

Kompromis?

Feminizm nie zwolnił nas z kobiecej roli, nie sprawił, że wyzbyłyśmy się kobiecości. Feministka walczy o swoje prawa na gruncie zawodowym, o awans, o nowy projekt, o podwyżkę. Bezustannie udowadnia, że jej umiejętności nie odbiegają od możliwości jej kolegi z pracy. Na tę walkę poświęca mnóstwo energii. Później walczy w domu o równouprawnienie, o partnerstwo w związku. Partner zarzuca jej kastrację, kłócą się o poświęcanie czasu rodzinnego kosztem jej pracy. Ona chce jeszcze wyjść na siłownię, do kina z przyjaciółką, chce by On zajął się dziećmi, wykąpał je. Dom to nieustanne pole bitwy. Feministka ma poczucie, że cały czas musi się rozwijać, inwestować w siebie. Czasami brakuje jej czasu na rodzinę, przez co piętnowana jest przez społeczeństwo, nazywana egoistką i odbierana jako najgorszy przejaw współczesnego feminizmu. Dlatego feministki mają dzieci, pracę, dom, męża, żeby pokazać, że feminizm to nie nieogolone nogi, nienawiść do mężczyzn i niechęć do dzieci. Że to wszystko da się pogodzić. Jasne…

I kiedy siedzę w tym samochodzie w poniedziałkowy ranek narasta we mnie wściekłość na feminizm, który tyle ode mnie wymaga. Mogłabym siedzieć w domu, sprzątać, zbierać ręczniki z podłogi i z uśmiechem ścielić wszystkie łóżka. Mogłabym mieć jeszcze dwójkę dzieci. Być kurą domową, której nikt nie wytykałby palcami, od której nie odwracałyby się przyjaciółki, kiedy mówiłabym, że jestem szczęśliwa spędzając czas z dziećmi w domu. Tak, dzisiaj kobieta nie może z własnego wyboru siedzieć w domu z dziećmi, to przecież godzi we wszystkie walczące feministki, które udowadniają, że na pewno nie jesteśmy do garów.

Ale kiedy staję na czerwonym świetle, patrzę w lusterko i uśmiecham się do siebie. Do kobiety, która dzięki feminizmowi ma poczucie wolności wyboru. Nie jest przywiązana do jednego miejsca, wie, że może decydować o swoim życiu, stawiać sobie cele do realizacji tożsame z swoimi potrzebami. Uśmiecham się do kobiety niezależnej, która nie drży oglądając się na innych, którzy chcieliby ograniczać jej wybory. Nie, jestem Panią swojego życia, to co postanowię będzie w zgodzie ze mną samą. Uśmiecham się do matki feministki, która może pokazać swoim synom, że wszyscy jesteśmy równi bez względu na płeć, że nie ma spraw bardziej kobiecych i bardziej męskich. Że nikt nie odbierze im męskości przy obieraniu ziemniaków, a nam kobiecości przy wymianie koła w samochodzie. Uśmiecham się do partnerki feministki, która czasami zarabia więcej i nie stanowi to w naszym domu problemu.

W końcu uśmiecham się do kobiety feministki, która dziś może siedzieć i pisać ten tekst dla innych kobiet. Dla tych, które siedzą w pracy, w biurze, szkole, własnej firmie, czy w domu opiekując się chorym dzieckiem. Uśmiecham się do wszystkich tych, które z ciężkim westchnieniem wyłączały dziś budzik po weekendzie. Gdzie byśmy były, gdyby nie my? Feminizm to kobieca siła, swoiste woman power, tak niepowtarzalne i wyjątkowe, że nie sposób tego nie docenić i nie uśmiechnąć się do siebie. Dziękuję feministkom, które wiele lat temu dały mi możliwość wyboru i dzięki nim jestem tu, a nie gdzie indziej. Robię śniadanie dzieciom, wstawiam pranie i jednocześnie mam możliwość własnego rozwoju i świadomości swojej kobiecości.

Dobrego tygodnia!


Małe dziecko – aktywator mądrego wydawania

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
18 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Jeszcze zanim w domu pojawia się dziecko, przyszli rodzice muszą wydać niemałe pieniądze na dziecięcą wyprawkę. Lista jest długa, bo rzeczy potrzebnych na start dla nowego członka rodziny jest wiele. Przecież rodzice muszą mieć gdzie go położyć, czym wozić, w co ubrać i czym nakarmić, jeśli niemożliwe jest karmienie piersią. Największe wydatki pojawiają się wraz z pierwszym dzieckiem, bo każde kolejne (o ile różnica wieku nie jest wielka) śmiało może korzystać z przedmiotów lub ubranek, jakie w dobrym stanie pozostały po starszaku.

I tak, z rodzicielskich portfeli ulatniają się czasami potężne kwoty, bo jeśli ktoś uprze się czy też zwyczajnie będzie miał marzenie wózka godnego klasy Mercedesa, to wyda na niego nawet i powyżej 4000 tysięcy złotych. Przeciętne polskie rodziny, nie stać na takie szaleństwa. Warto pomyśleć więc, gdzie można w tych zakupach zaoszczędzić trochę pieniędzy. Wykorzystać je na inne cele lub odłożyć dziecku do skarbonki.

Ubrankowy recykling

Ci, którzy mają już dzieci, mają również świadomość, ile kosztują maleńkie ubranka. Im mniejsze, bardziej wymyślne oraz renomowanych marek, tym droższe. Ostatnio szukałam rampersa w pewnym polskim sklepie, na rozmiar 74, i aż się uśmiechnęłam do siebie słysząc cenę 49,99! Omal mi się nie wyrwało “serio?!” do ekspedientki. Ale tak, serio, tyle kosztują „lepsze” dziecięce szmatki. Jeśli szukacie ubranek nie na prezent, a dla własnej pociechy i nie zależy wam na nazwie i ekstra jakości, kierujcie się do tanich sieciówek. Z założenia znajdziecie tam wszystko, również zaglądam tam na zakupy i muszę przyznać, że body za 14 zł to majątek nie jest, dziecka mi nie uczuliło, a same ubranie nie rozlazło się nawet i po 30 praniach. To jest na plus.

Innym rozwiązaniem jest kupienie na internetowych stronach sprzedażowych, paki ubranek, które sprzedają często „po sąsiedzku” inne mamy z twojej okolicy. Do ogłoszeń załączone są zdjęcia, więc widzicie na co się decydujecie i nie kupujecie kota w worku. Ja osobiście nigdy nie spotkałam się z tym, żeby kupione ubrania okazały się szmatami, które nie przypominały tych ze zdjęcia. Jeśli wy macie za małe ubranka, możecie także wymienić się z innymi na inne ubrania dla swoich dzieci. Pamiętajcie, że dzieci rosną jak na drożdżach, więc jeśli was nie stać, nie inwestujcie pieniędzy których nie macie w nowe ubrania. Noszone wystarczy uprać, uprasować i niech dziecko sobie je nosi i dociera. Na podobnych zasadach możecie wymieniać według potrzeby zabawki, sprzęt sportowy czy książki do szkoły dla starszaka.

Second hand to druga szansa dla ubrań i mebli

Nie bójcie się lumpeksów i komisów meblowych! Choć sama nazwa skutecznie odstrasza potencjalnego kupca, warto zagłębić się w ten świat ubrań używanych, bo za grosze można kupić nawet ubranka z metkami! Obecnie lumpeksy nie przypominają szaro-burych pomieszczeń, śmierdzących brudem i stęchlizną, gdzie ubrania zrzucane były na wielkie kupy. Ja zaglądam do takich miejsc, bo nie raz kupiłam za parę złotych perełkę, której nie powstydziłam się założyć, moim dzieciom również. Nie umarły od tego, nikt też paluchem  nie pokazywał na ulicy, czasy się zmieniły, teraz chwali się matczyną zaradność a nie szastanie pieniędzmi. W lumpeksach są teraz koszyki na zakupy, ubrania wiszą na wieszakach posegregowane. To jest zwykły sklep tylko zamiast kilkudziesięciu złotych za jedno ubranie, kupujecie kilkanaście, kilkadziesiąt ich sztuk za podobną cenę. Za to w komisach traficie na wózki, łóżeczka, wanienki i pozostałe meble do dziecięcego kącika, za które trzeba zapłacić w stacjonarnym sklepie ciężkie pieniądze! Jedyne czego nie polecam to fotelików samochodowych. Na bezpieczeństwie dziecka nie wolno oszczędzać.

Jedzenie kosztuje (za)dużo

Wiadomo, jeśli karmimy piersią– jest tanio. To nie podlega żadnej dyskusji. Ale im starsze dziecko, tym więcej wydajemy na jedzenie. Warto wprowadzać od początku zdrowe przyzwyczajenia– owoce zamiast słodyczy, woda mineralna zamiast kolorowych soków. Oszczędniej, a rodzice bez żalu zamienią  kupne soki także na domowe kompoty i przeciery jeśli tylko przygotowali je wcześniej.  Jasne,  że w mieście trudno o zdrowe i tanie warzywa. Na wsiach jest inaczej, bo są działki, pola i nawet jeśli ktoś nie posadzi i zbierze sam, to kupi taniej bezpośrednio po sąsiedzku od hodowcy czy producenta. Nie ma co kręcić nosem, bo faktycznie potrzeba czasu i zachodu żeby postawić słoiki, ale pomysłów na zimowe weki jest tyle, że śmiało można zapełnić spiżarkę pysznymi i zdrowymi domowymi przetworami. Od lat robię przeciery i soki dla dzieci moich, a także siostry i przyjaciółki. Uwierzcie mi, idą jak woda!

KDR i programy lojalnościowe dla stałych klientów

Powiedziałabym, że państwo polskie raczej marnie dba o wsparcie finansowe potrzebujących rodzin. Dlatego musicie kombinować sami, bo z nieba nic nie spadnie. Jeśli posiadacie troje lub więcej potomstwa, złóżcie wniosek o Kartę Dużej Rodziny. Dzięki niej będziecie mogli skorzystać nie tylko ze zniżek np. na przejazdy PKP, ale taniej wykupić karnety na basen, bilety do kina, zniżki na stacji benzynowej. To z ilu zniżek skorzystacie, zależy od tego jak wiele firm zdecydowało się na przystąpienie do programu KDR. Niestety lista partnerów KDR jeszcze nie jest zbyt imponująca, ale lepszy rydz niż nic, zaoszczędzicie trochę grosza.

Inną formą zbierania profitów są karty lojalnościowe, które oferują klientom liczne sieciówki czy punkty usługowe.

To wszystko może nie brzmi imponująco, jednak daje  poczucie kontroli nad naszym budżetem. Tym bardziej, że mimo zapowiedzi wielu polityków, nic nie wskazuje, żeby po wyborach miały poprawić się finanse polskich rodzin.


Zobacz także

Fot. iStock/klubovy

12 rzeczy, których nigdy nie powinnaś się wstydzić

Fot. Screen z Facebook'a The Atlas of Beauty

Podróżuje po świecie tworząc kobiecy „Atlas Piękna”

Fot. Istock / AleksandarNakic

Moje kosmetyczne „MUSZĘ MIEĆ”, czyli jak za nieduże pieniądze czuć się zadbaną