10 błędów mowy ciała, popełnianych podczas rozmowy rekrutacyjnej

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
28 listopada 2016
Fot. iStock / BraunS
Fot. iStock / BraunS

Zdenerwowanie podczas rozmowy o pracę, znane jest chyba każdemu. Ścisk żołądka, przelewanie się w brzuchu, spocone dłonie czy suchość w ustach, to chyba najpowszechniejsze fizyczne objawy stresu rekrutacyjnego. To podczas rozmowy z potencjalnym pracodawcą da się ukryć. Są jednak sygnały, które już na samym początku przesądzają o klęsce lub sukcesie osoby starającej się o pracę. 

Komunikacja niewerbalna to magiczny klucz 

Próbując wywrzeć jak najlepsze wrażenie, sięgamy po stosowny ubiór oraz dbamy o estetyczny wygląd oraz zwracamy szczególną uwagę na to, co i w jaki sposób mówimy. Staramy się również kontrolować zachowania, które od razu zdradzają nasze zdenerwowanie czy brak przygotowania do rozmowy. Jednak fakt, że będziemy w myślach sobie powtarzać „nie baw się tym długopisem!”, nie sprawi, że inne, podświadome zachowania nie zdradzają naszych prawdziwych intencji.

Komunikacja niewerbalna to przecież szerokie spektrum zachowań, z których często nie zdajemy sobie sprawy. Do podstawowych elementów komunikacji niewerbalnej zaliczamy: gesty, ekspresje mimiczne, postawę ciała, dotyk, strefy dystansu komunikacyjnego, zapach, kontakt wzrokowy, a nawet wygląd. Nie sposób kontrolować wszystkiego!

Pierwsze wrażenie jest zawsze najważniejsze

Czy wiesz, ile czasu potrzeba, by twój rozmówca wyrobił sobie pierwszą opinię na twój temat?  Wystarczy około 20 sekund, aby wywrzeć pozytywne lub negatywne wrażenie, mimo że często nie zdąży paść choć jedno słowo.

Z badań przeprowadzonych przez Harris Poll na zlecenie CareerBuilder wynika, że 49 proc. pracodawców już po pięciu minutach spotkania rekrutacyjnego wie, czy kandydat pasuje do danego stanowiska. Z kolei 90 proc. rekruterów ma pewność po 15 minutach (za psychologiawygladu.pl)

Czarna lista gestów prezentowanych przez kandydatów, które zniechęcają najbardziej:

Fot. iStock / KittisakJirasittichai

Fot. iStock / KittisakJirasittichai

Poniższe zestawienie jest efektem badań przeprowadzonych przez ponad 2,1 tys. menadżerów działów HR w USA. Na podstawie udzielonych przez nich odpowiedzi, powstała czarna lista 10 błędów mowy ciała popełnianych przez kandydatów. Te zachowania dyskwalifikują najczęściej:

​1. Brak kontaktu wzrokowego z rekruterem 

Tego nie lubi aż 65% osób przeprowadzających rozmowę rekrutacyjną. Nikogo nie cieszy, gdy rozmówca patrzy się w dół czy w bok, zamiast koncentrować go na nas. To samo ma ogromne znaczenie podczas prezentacji kwalifikacyjnej. Unikanie kontaktu wzrokowego świadczy o braku pewności siebie lub nieszczerych intencjach. Takie zachowanie utrudnia nawiązanie kontaktu oraz skoncentrowanie się na rozmowie, wpływa na wrażenie nieobecności kandydata, który nie angażuje się tak jak powinien.

2. Brak uśmiechu w czasie rozmowy kwalifikacyjnej 

Nikt nie chce przebywać z marudami i mrukami. Uśmiech nie tylko ujmuje lat, nadaje pogodny wyraz twarzy, ale sprawia wrażenie uczynności oraz pogodnego charakteru. Brak uśmiechu przeszkadza aż 36% rekruterom, którzy zwracają na to dużą uwagę. Faktem jest, że uśmiechnięci ludzie po prostu budzą zdecydowanie cieplejsze uczucia, niż ci zasępieni.

3. Bawienie się czymś, co leżało na stole 

Ten błąd rzuca się w oczy aż 33% ankietowanych. Takie zachowanie może zdradzać, że nie jesteśmy zainteresowani treścią rozmowy, rozpraszamy naszą uwagę na mało istotnych rzeczach, znajdujących się na blacie. Przekładanie cudzych przedmiotów na biurku ani zabawa własnym np. długopisem, nie jest dobrze widziana. Nawet jeśli zżerają kogoś nerwy i nie ma co zrobić z rękoma, lepiej oprzeć je na biurku, niż nakręcać się za bardzo dotykając różnych przedmiotów.

4. Zła postawa ciała (np. przygarbienie) 

Zła postawa ciała jest udziałem 30% kandydatów na pracownika. Nieświadomie garbimy się lub zarzucamy w dziwnej pozycji noga na nogę, by dodać sobie animuszu. A zgarbiona sylwetka sprawia wrażenie braku pewności siebie, zagubienia, lękliwości, a pracodawcy nie potrzebują pracowników o takich cechach.

5. Wiercenie się na krześle 

To grzech popełniany wg rekruterów przez 29% kandydatów do pracy. Kręcenie się i wiercenie, notoryczna zmiana pozycji świadczy o nerwowości rozmówcy i dodatkowo rozprasza podczas konwersacji. Może również wskazywać na bojaźliwość i chęć szybkiej ucieczki z miejsca przeprowadzania rozmowy.

6. Krzyżowanie ramion na piersi 

Może oznaczać zamknięcie kandydata na drugą osobę, tworzyć wirtualną barierę między rozmówcami. W niektórych przypadkach może zostać potraktowane jako wyraz nonszalancji i zbytniej pewności siebie kandydata. To nie budzi sympatii u 26% rekruterów.

7. Zabawa włosami, dotykanie twarzy 

To lepiej pozostawić na spotkanie przy barze lub w kawiarni w kandydatem na męża, a nie na rozmowę kwalifikacyjną z szefem. Powyższe zachowanie odbierane jest jako wyraz braku profesjonalizmu, a nawet jako flirt. Jest to źle widziane podczas rozmowy w sprawie pracy u 25% rekruterów.

8. Słaby uścisk dłoni 

Czyli „ściskanie ryby”, to jedno z mniej sympatycznych zachowań u 22% kandydatów na pracownika. Słaby, niepewny uścisk „mdlejącej” dłoni świadczy o tym, że kandydatowi brak pewności siebie i siły charakteru, a to nie wróży sukcesów i owocnej współpracy.

9. Za dużo gestów w czasie rozmowy kwalifikacyjnej 

Nadmierna gestykulacja jest irytująca, rozprasza rozmówcę. Z jednej strony może sugerować, że kandydat usiłuje ukryć przez to swoje braki, a z drugiej strony świadczy o nieopanowaniu, braku umiaru i ogłady. Najlepiej trzymać dłonie luźno, choć przy sobie, nie pozwalając na błąd zauważany przez 11% rekruterów.

10. Za mocny uścisk dłoni 

Za słabo źle, zbyt mocno tez niedobrze. Jeśli podczas rekrutacji potrząsamy dłonią przyszłego szefa, miażdżąc ją przy okazji, to nie może się jemu spodobać. Mocny uścisk sygnalizuje rozmówcy, że jesteśmy osobami dominującymi, które chcą przejąć kontrolę nad spotkaniem, a to przecież nie próba sił, a rozmowa kwalifikacyjna.


źródło: www.psychologiawygladu.pl, www.komunikacjaniewerbalna.com.plmowaciala.net


Kto się boi szczęśliwych, rozwiedzionych kobiet? Szczęśliwe, zadowolone z życia mężatki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 listopada 2016
Kto się boi szczęśliwych, rozwiedzionych kobiet? Szczęśliwe, zadowolone z życia mężatki
Fot. iStock/fladendron

Mają po trzydzieści, czterdzieści a może pięćdziesiąt lat. Całkiem niedawno, albo już jakiś czas temu rozwiodły się, zmieniły swoje życie. Są szczęśliwe, wolne, mają swoją niezależność, oddychają pełną piersią. Wreszcie, po związkowych, małżeńskich falstartach, cieszą się życiem, znowu mogą być sobą. Realizują swoje pasje, rozwijają się, mają więcej czasu by o siebie zadbać. Wyglądają jak milion dolarów. Komu to może przeszkadzać? Koleżankom.

Ewa ma 35 lat. Sama wychowuje sześcioletniego synka. Rozwiodła się dwa lata temu, po wyczerpującej batalii sądowej, takiej z wyciąganiem brudów kilka pokoleń wstecz.

– To był toksyczny związek – mówi.– Mój mąż jest człowiekiem dobrze sytuowanym, ale nie panuje nad złością i agresją. W pełni odczułam to dopiero wtedy, kiedy okazało się że zaszłam w ciążę. Była zagrożona od początku. Musiałam zrezygnować z pracy, byłam kompletnie uzależniona od męża. A on, jako świeżo upieczony pracownik olbrzymiej firmy, na wysokim, odpowiedzialnym stanowisku, wszelkie frustracje wyładowywał na mnie, w domu. To było jak uzależnienie. Nie chciał podjąć terapii, nie chciał rozmawiać, nie chciał nic zmieniać. Po drugich urodzinach Adasia, odeszłam, uciekłam właściwie, ze strachu o dziecko i o siebie. Rozwód był piekłem, mąż straszył mnie, że porwie dziecko, że mnie zniszczy. Dziś wreszcie jest między nami spokój, bo ja jestem silna i nie daję się zastraszyć, choć zdarzają się napięcia.

Przyjaciółka wspierała ją od samego początku. Ona i kilka jej dobrych znajomych. Kiedy Ewa się wyprowadziła od męża, razem szukały dla niej miejsca, w którym mogłaby zarzucić kotwicę. Udało się i Ewa zamieszkała razem z małym Adasiem w dwupokojowym mieszkaniu. Tu wreszcie poczuła, że jest wolna, że świat stoi przed nią otworem. A po rozwodzie, „nowe życie”  zaczęła od… remontu, żeby jeszcze mocniej odczuć, że znów wszystko zależy od niej, że ster jest w jej rękach.

Szybko okazało się, że mimo szczerych chęci, nie jest w stanie sobie sama ze wszystkim poradzić. W Warszawie ma świetną pracę jako ceniona i naprawdę dobra księgowa, ale jest sama, znikąd pomocy, jej rodzina pochodzi z południa Polski. Poszukując męskiej, fachowej pomocy, zadzwoniła do przyjaciółki, której mąż niedawno przeprowadzał remont domu.

– Poprosiłam o przekazanie moich pytań Maćkowi, razem z prośbą, czy mógłby przyjść obejrzeć ściany w łazience – mówi Ewa. – Piętnaście minut później przyjaciółka oddzwoniła. Maciek niestety nie może pomóc, powiedział, że nie zna się i że teraz jest bardzo zajęty.

Trudno, pomyślała Ewa. No to poszuka w Internecie, zapyta w sklepie budowlanym. Jakoś sobie poradzi. – Znamy się kilkanaście lat, do głowy by mi nie przyszło, że ta prośba może być odebrana jako coś nieprzyzwoitego – mówi.

Kilka dni później spotkała męża koleżanki w sklepie. Okazało się, że prośby o pomoc żona mu nawet nie przekazała. Wyszło niezręcznie, pośmiali się trochę, ale pozostało takie „dziwne” wrażenie. Ewa wolała już nie pytać Maćka o zdanie w kwestii łazienki.

Później podobna sytuacja powtórzyła się, kiedy zaczęła biegać. Odprowadzała syna do przedszkola i biegała  przed wyjściem do pracy. Kilka razy spotkała męża bardzo dobrej koleżanki. Raz pobiegli wspólnie fragment trasy. Nawet nie rozmawiali specjalne, zwykłe „cześć”. Ewa nie zna go dobrze. Nie ukrywali tego przed nikim, nie umawiali się, zwykły przypadek. Mimochodem, przy jakiejś okazji, Ewa powiedziała tej koleżance, że wie, że jej mąż też biega. Więcej ich drogi się nie skrzyżowały. Zmienił trasę i godzinę biegania, o czym doniosła jeszcze inna koleżanka. Podobno była babska narada,  że co ta Ewka, teraz wolna, biega, dobrze wygląda, to nie wiadomo co jej do głowy przyjdzie…

Zdziwiona Ewa usiadła w domu przed lustrem i pierwszy raz od dawna, zobaczyła w nim „atrakcyjną” siebie.  Ale żeby zaraz odbijać mężów koleżankom?

– Dopóki byłam nieszczęśliwa i zaniedbana, byłam niegroźna – śmieje się Ewa – teraz nie zapraszają mnie nawet na spotkania towarzyskie. Oficjalnie? „Bo wiesz, wszyscy będą z kimś, a ty sama jesteś. Żebyś nie czuła się nieswojo”…

Żeby jeszcze była typem „flirciary”. Ale zrobiła rachunek sumienia – jej stosunek do znajomych mężczyzn, mężów i partnerów koleżanek nie zmienił się po rozwodzie. Jest chyba jeszcze bardziej zdystansowana.

Karolina jest 7 lat po ślubie. Ma 43 lata, wysportowane, zadbane ciało i uwielbia się śmiać. Z uśmiechem jej pięknie i bardzo do twarzy. Rozwód był dla niej prawdziwym przełomem. Mąż, znany prokurator, znęcał się nad nią psychicznie.  – Żyłam w tym związku z przekonaniem, ze jestem nikim, że nie mam nic, bo tak naprawdę wszystko należy do niego – opowiada. Nie mieli dzieci, na szczęście. On musiał być zawsze na pierwszym miejscu, dziecka by nie zniósł. Po rozwodzie Karolina długo chodziła na terapię, długo uczyła się od nowa, że jest kimś wartościowym i mądrym.

Pozbierała się, razem z siostrą założyła własną firmę tłumaczeniową, jest szczęśliwa, dobrze zarabia. Jednak z licznego grona koleżanek, zostały jej jedynie dwie.

­– Miałam zawsze dużo znajomych. Wszystkie zgodnie twierdziły: „powinnaś go rzucić, zacząć nowe życie, znaleźć faceta”. Z tych, z którymi nadal jestem blisko, jedna jest samotna z wyboru, druga szczęśliwie zamężna. Szczęśliwie – podkreśla Karolina – czyli nie obawia się rozwódek. Karoliny nie zaprasza się na spotkania towarzyskie, odkąd zafundowała sobie „metamorfozę” – nową fryzurę i kolor, które odmłodziły ją o dobre 10 lat. No i odkąd okazało się, że ma całkiem niezłe nogi. Na Sylwestra chodzi do kina, na seanse filmowe, albo wyjeżdża w góry. Karolina chciałaby się zakochać, ale nie goni za miłością. Uważa, że jak coś ma przyjść, to przyjdzie i nie należy tego przyspieszać. Na ostatnim spotkaniu towarzyskim z dawnymi koleżankami – imieninach jednej z nich – miała na sobie piękną, niebieską sukienkę odsłaniającą ramiona.  Bała się przywitać z partnerami koleżanek, bo czuła niespokojne spojrzenia ich żon. A panowie, owszem spoglądali, zagadywali. Na wszelki wypadek odpowiadała monosylabami.

– Śmiałyśmy się potem z tymi moimi dwiema koleżankami, „które zostały”. Że dorośli ludzie, a się tak pilnują. Że tyle lat związku, a pojawia się „wolna” kobieta i nagle panika. Ale tak na dłuższą metę, nie czuję się z tym dobrze.

Karolina i Ewa uważają, że ich otoczeniu nie na rękę z tą ich wolnością, niezależnością, na nowo odkrytą kobiecością.  – Zobacz – mówi Ewa – tyle się mówi, żeby kobiety o siebie walczyły, żeby uciekały od złych relacji. Ale kiedy to się dzieje, kończy się babska solidarność…


Walcz o siebie, pokonaj własną bezradność wobec toksycznych relacji

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
28 listopada 2016
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic

Poczucie bezradności bywa silnie obezwładniające i skutecznie podcina skrzydła. Pojawia się niezależnie od płci, wieku, wykształcenia czy charakteru. Gdy stajemy twarzą w twarz z zachowaniem bliskich osób, które nas wykorzystują lub krzywdzą, nie wiemy co robić. To znaczy, czasem wiemy dobrze, co zrobić, ale z różnych względów porzucamy właściwą reakcję, działając na własną niekorzyść.

Bezradność frustruje

Jest wiele życiowo zaradnych osób, które w obliczu agresji bliskiej osoby stają się zupełnie bierne i bezradne.

Żona mimo świadomości swojej sytuacji, nadal gotuje, pierze, sprząta mężowi, który nie żałuje jej razów. Kocha, więc z początku stara się walczyć o normalność, załagodzić sytuację, ale nie potrafi odejść, przeciwstawić się, zawalczyć o samą siebie. Wstydzi się złego traktowania, a nawet publicznego poniżania, ale czuje się odpowiedzialna za zaistniałą sytuację. Doprowadzona w milczeniu do ostateczności, rezygnuje z walki o siebie.

Bezradność wiąże ręce, zamyka oczy, wyłącza myślenie.

Niezależnie czy to wobec partnera, który notorycznie pije czy zdradza, wobec przyjaciela — narkomana czy kogokolwiek innego, kto po prostu wykorzystuje i traktuje nas źle.

Kontrola, ucieczka czy rezygnacja?

Nawet bezradność wobec trudnej sytuacji, można przezwyciężyć. Można kochać siebie i innych, nie godząc się na złe traktowanie i wykorzystywanie. Tylko trzeba uświadomić sobie, w czym tkwi problem.

1. Nazwij to, co czujesz

Nienazwane uczucie trudno jest kontrolować. Coś jest nie tak, coś nas gniecie i trzyma przy sobie nasze myśli. Trudno jest akceptować taki stan rzeczy, więc pojawia się gniew, frustracja lub podrażnienie czy zaprzeczenie. A to, zamiast pomóc zmierzyć się z rzeczywistością, podtrzymuje bezsilność i negatywne emocje.

Pomyśl o sobie, o tym, co masz w sercu. Nazwij rzecz głośno, po imieniu. Jeśli odczuwasz potrzebę płaczu lub odwrotnie, stajesz się silniejsza, gotowa do działania, to jest naturalne i w porządku. Znajdź przyczynę powodującą poczucie bezradności, poszukaj większej ilości informacji o tym oraz zastanów się, jakie działania możesz podjąć. W wielu przypadkach pomoc psychologa lub terapeuty staje się nieocenionym wparciem. 

2. Działaj we własnym imieniu, w trosce o siebie

Dopóki jesteś zamknięta w niewidzialnej klatce, jesteś niewidoczna. Najpierw sama musisz siebie uwolnić z klatki, którą stało się twoje życie. Wiedząc czego potrzebujesz, obierając dobry kierunek działań, poczujesz ulgę. Przejmiesz kontrolę nad swoimi emocjami, ty będziesz decydować.

Skup się nad tym, co możesz zrobić dla siebie, nie dla kogoś. Przyjmij, że nie masz kontroli nad drugą osobą, a spójrz szerzej na to, nad czym masz faktyczną kontrolę. Tylko ty zdecydujesz, czy będziesz kochać siebie lub poddasz się w obliczu zachowań drugiej strony.

Bezradność, często kształtowana latami, wymaga czasu na powrót do równowagi psychicznej i odzyskania poczucia kontroli nad własnym życiem.


źródło: www.mindbodygreen.com , www.solaris-rozwojosobisty.pl


Zobacz także

Fot. iStock / ArtMarie

„Zaraz zwariujęęę, mam za dużo obowiązków”. Z pamiętnika Kobiety Ogarnę Wszystko

wyzszy-poziom-kobiecosci-vol-2

Szkoła średnia dla przyszłych modelek i modeli już w Warszawie!

Fot. Materiały prasowe

O tym jak pasja staje się pracą i sposobem na życie. To naprawdę jest możliwe